poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział 9



Minął październik i listopad, a ja nadal nie odzywałam się do Jamsa. Od tamtego zdarzenia, lubiłam siedzieć w samotności, i leczyć złamane serce. Nie miałam również apetytu. Miałam wrażenie, że nigdy nie zapomnę tego co mi zrobił. Nie wiedziałam, jak można być aż taką świnią! Najpierw całował się ze mną (Chodź nie wiem, czy można to było nazwać prawdziwym pocałunkiem, bo wtedy nasze usta lekko się zetknęły) a następnego dnia z jakąś blondynką!
                Była sobota. Siedziałam na parapecie, przy oknie w moim pokoju. Wspominałam dawne chwile spędzone z NIM gdy poczułam jak po policzkach lecą mi łzy.
-jak on mógł mi to zrobić?- zapytałam się siebie szeptem po raz setny od czasu zdarzenia we wrześniu.
-Rose, znowu płaczesz?- usłyszałam i gdy się obejrzałam zobaczyłam Marę stojącą w drzwiach.
-nie, nie- powiedziałam ocierając łzy- po prostu jeszcze wspominam Anglię.
                Tak, skłamałam. Jednak nie chciałam by ruda znowu prawiła mi monolog na temat tego jak uleczyć złamane serce. Już i tak wiele dla mnie zrobiła. Całymi dniami słuchała moich żali oraz monologów na temat tego jak bardzo nienawidzę JEGO.  Nie wiedziałam jak ruda w ogóle to wytrzymywała.
                Jednak wrzesień przyniósł też coś dobrego. Zaprzyjaźniłam się z Leą i Kelsey, które jak się później dowiedziałam równie były czarodziejkami. Na lekcji plastyki zauważyłam ich znaki na nadgarstkach. Razem chodziłyśmy na zebrania ,,klanu księżyca”. Razem postanowiłyśmy nadać taką nazwę, i teraz się nią głównie posługujemy. Dowiedziałyśmy się, że członkowie innego klanu mają na nadgarstku niewielką gwiazdkę. Nazwałyśmy ich ,,klanem gwiazdy”. Oprócz tego w miejscu spotkań ,,klanu księżyca” uczyłyśmy się we czwórkę zaklęć. Nasz nauczyciel od tego strasznie przynudzał mówiąc coś w stylu ,,Sekret tkwi w ruchu nadgarstka…”. Jak na razie od prawie dwóch miesięcy nauczyłyśmy się jak rzucić proste ,,zaklęcie lustra”. Odbija ono zaklęcie rzucone w ciebie do przeciwnika, tyle, że ze zdwojoną siłą.
-nie wiem, czy mam ci wierzyć- powiedziała Mara podchodząc do mnie i obejmując mnie ramieniem- Jaki dziś tygodnia?
-Wtorek- odparłam i powróciłam do patrzenia w okno na zachodzące powoli słońce- idę się przejść. Idziesz ze mną?
-Tak, jasne- odparła rudowłosa z entuzjazmem- Może jeszcze wstąpimy po Leę i Kelsey?
                Przytaknęłam jej. Siostry mieszkały bardzo blisko nas, zaledwie za rogiem. Często chodziłyśmy na lodowisko które znajdowało się nieopodal lub do kina. Lecz z naszym ostatnim wyjściem do kina mam złe wspomnienia. Kiedy weszłyśmy do Sali, zapomniałyśmy kupić popcorn, i dziewczyny oczywiście wysłały po niego mnie. Kiedy stanęłam koło kasy, przypomniałam sobie, że Kelsey zapomniała kupić sobie wtedy coca-colę. Chciałam być dobroduszna i jej ją kupiłam, i poszłam na salę obładowana dwoma dużymi popcornami ( po jednym na dwie osoby) oraz colą dla czarnowłosej. Lecz pech chciał, że zapomniałam zawiązać sznurówek w trampkach, i skutki były takie, że zleciałam ze schodów rozsypując popcorn i oblewając się colą.
-Rose, coś się stało?- usłyszałam głos Mary i się ocknęłam.
-Tak- odparłam- po prostu sobie nasze ostatnie wyjście do kina.
                Ruda nic nie odpowiedziała. Po prostu się roześmiała i zeszłyśmy na dół.
-Mamo, wychodzimy!- krzyknęłam zakładając z Marą płaszcze i wyszłyśmy na dwór.
                Pogoda nie dopisywała, zresztą jak zwykle. Nie padał deszcz, lecz tylko mały skrawek słońca wychylał się zza ciemnych chmur. Naszymi włosami targał delikatny wiatr. Nie była to wymarzona pogoda na grupowe wyjścia, ale zawsze coś.
                Chwilę później stałyśmy przed domem bliźniaczek i nacisnęłyśmy dzwonek.
-Kto tam?- rozległ się w domofonie głos Kelsey.
-To ja, Rose- powiedziałam- i jest ze mną Mara. Macie ochotę pójść z nami do kina?
                Nie usłyszałam odpowiedzi, lecz nie trzeba było długo czekać a ujrzałyśmy siostry wybiegające w kurtkach z domu.
                                                                  ***
-No to na co idziemy?- zapytała z uśmiechem Lea kiedy powoli zbliżałyśmy się do kina.
-Sama nie wiem- odparłam- ja mam ochotę na jakąś tępą komedię.
                Dziewczyny mi przytaknęły i kiedy stanęłyśmy przed listą wyświetlanych filmów miałyśmy dylemat. Nie mogłyśmy znaleźć filmu, który by nam odpowiadał więc wspólnie wybrałyśmy ,,Hobbita”. Poszłyśmy do kasy z biletami, i pierwsze co zrobiłyśmy kiedy znalazłyśmy się za nią poszłyśmy kupić popcorn i napoje.
-Tym razem kupmy wszystko od razu, ok?- zapytałam się patrząc na nie wymownie.
                dziewczyny tylko się roześmiały i przytaknęły. Po chwili obładowane napojami i przekąskami poszłyśmy do Sali i zajęłyśmy miejsca. Na początku, jak zwykle puścili reklamy. Kiedy była reklama pasty do zębów z jakimś dzieckiem i psem w tle, głośno parsknęłam śmiechem.
-Rose, co ci odwala?- zapytała się mnie Lea z rozbawieniem.
-Mam po prostu wrażenie, że ten pies ma bielsze zęby niż to dziecko- powiedziałam ze śmiechem- pewnie też stosuje blend-a-med.
                Po tych słowach Lea, jej siostra oraz Mara które to usłyszały zaczęły się śmiać razem ze mną, a ja usłyszałam jak jakaś starsza pani z dzieckiem mruczy pod nosem coś o ,,coraz większych problemach z psychiką wśród dzieci”, na co zaczęłyśmy się śmiać jeszcze głośniej.
                Akurat udało nam się ogarnąć, kiedy zaczął się film, lecz na moje nieszczęście, podczas jednej ze scen usłyszałam szept Kelsey:
-Mam wrażenie, że tego czarodzieja w ,,Pervolu” wyprano.
-Jeszcze tego pożałujesz- powiedziałam z trudem powstrzymując śmiech.
                Mimo moich obaw, udało nam się wytrzymać bez śmiania się do końca filmu. No może pomijając sanie napędzane królikami, jak to pięknie Mara nazwała.
-To jak, jutro też gdzieś się wybieramy?- zapytała Kelsey kiedy stałyśmy przed domem bliźniaczek.
-No pewnie- powiedziała Mara i wszystkie ruszyłyśmy w stronę swoich domów.
                                                                                 ***
                W poniedziałek, na dobry początek dnia Mara obudziła mnie waląc poduszką w twarz.
-Gorzej ci?- zapytałam ze śmiechem siadając na łóżku i patrząc na kuzynkę z udawanym obrażeniem.
-budzę cię od pół godziny- powiedziała ruda, wyraźnie dumna z drastycznej metody którą na mnie zastosowała- Miałam nawet wrzucić ci śnieg za kołnierz…
                Lecz tutaj Mara nie dokończyła, bo zerwałam się z łóżka i podbiegłam do okna. Wszystko było pokryte białym puchem, który jeszcze delikatnie prószył. Bez słowa podbiegłam do szafy i wzięłam mundurek do którego wybrałam czarne legginsy (bo przecież zima, nie?) oraz moją białą, puchową kurtkę i pobiegłam się przebrać, po wcześniejszym powieszeniu kurtki na krześle. Kiedy wyszłam usłyszałam jak Mara mruczy pod nosem:
-No tak, wystarczyło tu wspomnieć takiej o śniegu…
-No ruszaj się, bo nie zdążymy- powiedziałam do niej z uśmiechem biorąc zakładając na siebie kurtkę.
                Na dole wzięłyśmy do ręki jogurty, i w holu założyłyśmy buty zimowe. Sama nie wiem, jak udało nam się uwinąć tak szybko skoro ruda budziła mnie od pół godziny.
                Chwilę później zmierzałyśmy w kierunku szkoły. Dziś naszą pierwszą lekcją była matematyka, która od kilku miesięcy stała się dla mnie prawdziwą udręką. Nie potrafiłam tak kompletnie go ignorować. Raz kiedy proponował mi pomoc, już miałam się zgodzić lecz opamiętałam się i mu odmówiłam.
                Chwilę później przekroczyłyśmy próg szkoły i zaczęłyśmy zmierzać w kierunku sali od matematyki. Kiedy stanęłyśmy przed klasą, zobaczyłyśmy, że nikogo nie ma.
-Co jest gra…
-Poczekaj chwilę- przerwała mi kuzynka i chwilę później już jej nie było.
                Wróciła po kilku minutach z uradowaną miną.
-Dziś mamy na drugą lekcję- oznajmiła z szerokim uśmiechem.
                Przez chwilę byłam bliska odtańczenia tańca radości. Nie będę musiała spędzać pierwszej godziny z NIM w ławce ani znosić nauczycielki.
-No to w takim razie- zaczęłam- czeka cię zemsta za tą poduszkę.
Mara nie odpowiedziała, po prostu uśmiechnęła się pod nosem, i poszłyśmy w kierunku szatni. Założyłyśmy kurtki i miałyśmy zamiar wyjść na podwórko kiedy usłyszałyśmy dobrze znane nam głosy.
-Rose, Mara!- obejrzałyśmy się i zobaczyłyśmy zmierzające w naszą stronę Leę i Kelsey- czyli wy też nie wiedziałyście, że pierwsza godzina jest wolna, co?- zapytała Lea.
-Niestety nie- odparłam- Lecz nawet jeśli, to ktoś mógł oszczędzić walenia mnie poduszką w twarz na pobudkę.
-Współczuje- włączyła się do rozmowy Lea.
                Stałyśmy tak i gadałyśmy kiedy zadzwonił dzwonek informujący o lekcji fizyki, i razem poszłyśmy do sali. Kiedy doszłyśmy nauczyciel już wpuszczał do klasy. Ja siedziałam wraz z Marą pod oknem, a przed nami siedziały bliźniaczki. Nauczyciel, szczerze mówiąc był trochę niekumaty więc mogłyśmy sobie w spokoju podawać liściki na lekcji. I tak upływała nam większość lekcji fizyki.
                Następne lekcje (przyroda, biologia, chemia, historia) jakoś minęły. Nie były bardzo interesujące, lecz nie zasnęłyśmy na nich, co na chemii zrobiło ćwierć klasy. Szłyśmy na lekcję plastyki. Kiedy stanęłyśmy pod klasą, postanowiłyśmy umówić się po szkole na lodowisko. Z nim to akurat nie ja miałam nie najlepsze wspomnienia, tylko Kelsey. Kiedy jeździłyśmy na łyżwach, ktoś zajechał jej drogę, i przewaliła się na plecy. I to z rozpędu, więc przejechała na plecach przez pół lodowiska. A z nas, to właśnie ona jeździ najlepiej na łyżwach, więc kiedy o tym wspominamy, robi się czerwona jak burak.
                Chwile później, nauczyciel wpuszczał uczniów do klasy. Zajęłam z Marą miejsce pod oknem. Siedziałyśmy w ostatniej ławce, więc mogłyśmy w spokoju sobie pogadać. Nauczyciel kazał nam namalować krajobraz górski. Z kuzynką wszystko na początku w błyskawicznym tempie naszkicowałyśmy ołówkiem, i do końca lekcji udało nam się uwinąć z pomalowaniem tego wszystkiego pastelami.
                Kiedy wyszłam z Marą z klasy, poczułam jak bardzo boli mnie głowa. ,,No to nici z lodowiska” pomyślałam. Obok mnie Mara rozmawiała z Leą i Kelsey o wyjściu na łyżwy.
-Wiecie co, musicie iść same, mnie bardzo boli głowa.
-Jak chcesz, to zostaniemy- powiedziała Kelsey.
-No co ty, nie będę wam psuła zabawy- odparłam i nie czekając na odpowiedź powiedziałam- No to cześć.
                Po tych słowach zeszłam do szatni i nałożyłam na siebie kurtkę. Po chwili wyszłam ze szkoły i skierowałam się w kierunku parku. Tamtędy przebiegała droga na skróty do mojego domu. W zimie park był prawie całkowicie opustoszały.
-Hej Rose- usłyszałam znajomy głos za moimi plecami.
-Czego chcesz?- warknęłam do blondyna.
-Pogadać- odparł ze smutkiem.
-Mam wrażenie, że kiedyś to już przerabialiśmy- odparłam chłodno odwracając się w jego stronę.
-Przepraszam- odparł- wszystko ci wytłumaczę.
                I nie czekając na moją odpowiedź ( A miała być odmawiająca) wszystko mi streścił:
-Rose, bo to miało być tak, że to wszystko zobaczysz. Pomyślałem, że wtedy nie będziesz chciała mnie znać, i wszystko stanie się dla mnie prostsze.
-No to dlaczego teraz mi to wszystko mówisz, skoro w twoim planie było tak, że przestaniemy się do siebie odzywać?
-Ponieważ cię kocham.

-------------------------------------------------------------------------------

I jest 9 rozdział ^-^ Przepraszam, że trochę nie dodawałam, ale przyjaciółka wpadła na feriach na genialny pomysł związany ze snowboardem, i drugiego dnia zsuwania się ze stoku upadłam na nadgarstek i cos sobie zwichnęłam, i nie chciałam pisać, bo strasznie mnie bolała ręka jak nią ruszałam ;/

No ale cóż...
Rozdział z dedykacją dla Natalki z klasy, która też w najbliższym czasie założy sobie tu bloga.
A może już ma?? No cóż, zabije ją, jeśli nic mi o tym nie wiadomo xD
Do następnej notki :*

P.S teksty z kina na podstawie mojego własnego wyjścia na ten film z przyjaciółką xD

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 8

Rozdział króciutki, z powodu braku weny.
PODKŁAD

-------------------------------------------------------------------
 Trwało to jeszcze kilka chwil, jednak po chwili się od siebie odsunęliśmy i spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni.
-Wiesz, ja…- zaczęliśmy w tym samym czasie, a ja pomyślałam, że w tej chwili muszę być czerwona jak burak.
-Rose, przepraszam- powiedział James spuszczając wzrok- Ja naprawdę nie chciałem…
-Ja też przepraszam- wybąkałam- Zapomnijmy.
                W tym momencie przypomniała mi się sytuacja kiedy skręciłam nogę, i James przyszedł mnie odwiedzić. W tamtym momencie byłam pewnie tak samo czerwona na twarzy jak jestem teraz.
W końcu odważyłam się spojrzeć na Jamsa. Patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem, lecz w jego spojrzeniu było coś jakby smutek. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w jego spojrzeniu widać cos w stylu ,,Przepraszam, nie chcę cię ranić”. Po prostu siedzieliśmy tak i milczeliśmy.
-Wiesz, ja chyba już pójdę- powiedział James- Otworzysz mi furtkę?
                Jak prosił, tak uczyniłam. Lecz kiedy wyszedł, jeszcze kilka minut stałam przy oknie.
-Co się z tobą dzieje Rose?- zapytałam się sama siebie.
Poczułam się dziwnie. Jeszcze nigdy się tak nie czułam. Wiedziałam, że coś ze mną jest nie tak. Jakbym zmieniła się tak od wewnątrz.
                Ze wszystkich sił starałam się zapomnieć o pocałunku. Lecz nie mogłam. Cały czas przypominałam sobie chwilę, gdy nasze usta się zetknęły. Po chwili cos sobie uświadomiłam.
,,Nie, ja nie mogłam się przecież zakochać!” pomyślałam z rozpaczą ukrywając twarz w dłoniach ,,Czyżbym zapomniała już, jakim był on idiotą?!” moje dobre samopoczucie malało.
-Rose, jesteś skończoną idiotką- powiedziałam do siebie kręcąc głową.
                Starając  skupić się na czymś innym, postanowiłam pójść na górę, i się przespać.
                                                                                          ***
                Następnego dnia w szkole szłam z Marą na lekcje przyrody. Lecz kiedy skręciłam w korytarz prowadzący do klasy gwałtownie stanęłam w miejscu, a po policzkach zaczęły lecieć mi łzy. Zobaczyłam Jamsa stojącego pod ścianą i całującego się z jakąś blondynką. Rozpoznałam w niej przewodniczącą jego fanklubu.
                Widząc to zaczęłam biec w stronę łazienki. Kiedy dobiegłam do pomieszczenia, osunęłam się pod ścianę i zaczęłam płakać.
-Rose, gdzie jesteś?- usłyszałam głos Mary.
                schowałam twarz w dłoniach. Nie chciałam, by ruda widziała moje łzy. Nie chciałam, by widział je ktokolwiek. Nagle poczułam, jak ktoś obejmuje mnie ramieniem.
-Rose, proszę cię, nie płacz- powiedziała moja przyjaciółka głosem pełnym współczucia- Nie zasługujesz na takiego kretyna. Już nawet Gavin jest lepszy.
                nie odpowiedziałam, tylko się do niej przytuliłam. Nie obchodziło mnie to, że spóźnimy się na lekcje. W tym momencie moje serce prawie dosłownie pękło. Właśnie się dowiedziałam, że wcześniej zakochałam się w Jamsie, ale nią chciałam się przyznać do tego, nawet przed samą sobą. Po prostu siedziałam tak, przytulona do przyjaciółki i dawałam upust łzą. Nie obchodziło mnie to, że po policzkach rozmaże mi się cały tusz do rzęs. Teraz chciałam przede wszystkim się wypłakać.
                Nie wiem ile tak siedziałyśmy.
-może byśmy poszły na chodź jedną lekcje, co?- zapytała mnie Mara współczującym głosem, a ja pokiwałam jej głową, i poszłam opłukać twarz w umywalce, by nie było śladów po moich łzach. Następnie siląc się na uśmiech poszłam wraz z moją kuzynką do Sali od geografii. Po drodze minęłyśmy fanklub Jamsa, a wśród nich dobrze znaną mi blondynkę, która co chwila chichotała mówiąc coś koleżanką.
-Rose, nie zawracaj sobie nimi głowy- powiedziała do mnie Mara.
                Posłuchałam jej i udało mi się nie rozpłakać zanim doszłyśmy pod salę do geografii. Osunęłam się pod ścianę, i aby się czymś zając wyciągnęłam podręcznik od tego przedmiotu i zaczęłam się uczyć. Geografii uczyła nasza wychowawczyni. Była to smukła blondynka, która swoje długie włosy prawie zawsze nosiła związane w kok wysoko na czubku głowy. Prawie zawsze się uśmiechała. Była bardzo wyrozumiałą osobą.
                Była to ostatnia lekcja, a moja pierwsza. Wszystkie poprzednie przepłakałam w łazience. Nie wiedziałam, że można być aż tak podłym i bezdusznym jak James. ,,jak ja mogłam ponownie mu zaufać” pomyślałam z trudem powstrzymując się od płaczu ,,nigdy więcej nie popełnię tego błędu”. Jeszcze nie byłam aż tak rozdarta i smutna jak jestem teraz. Smutek jaki odczuwałam po wyjeździe z Anglii był niczym w porównaniu z tym co czułam teraz.
                Nagle zabrzmiał dzwonek. Spakowałam podręcznik (Z którego na przerwie nawet nie skorzystałam) do torby i ustawiłam się pod klasą. Podeszła do mnie Mara, i przyjaźnie ścisnęła mnie za rękę. Posłałam jej smutny uśmiech, i zajęłyśmy miejsca.
                Podczas lekcji miałam wrażenie, że nauczycielka mi się przygląda. Kiedy zabrzmiał dzwonek, wychowawczyni poczekała aż większość osób spakuje się i wyjdzie z sali i wtedy poprosiła mnie do siebie gestem ręki.
-Rose, widzę, że coś cię trapi- powiedziała kobieta kiedy każdy opuścił już klasę.
-To nic takiego- powiedziałam z wymuszonym uśmiechem- takie tam, typowe problemy.
-Skoro tak- powiedziała przyglądając mi się- jakbyś potrzebowała pomocy to zwróć się do kogoś.
                po tych słowach nauczycielka wzięła torbę w której znajdował się  dziennik i wyszła z klasy.
Na przerwie, pierwsze co zrobiłam to dogoniłam Marę.
-Mara idę się przejść- powiedziałam- nie czekaj na mnie w domu.
                Kiedy to powiedziałam pośpiesznie narzuciłam na siebie w szatni płaszczyk, i wyszłam na dwór. Potrzebowałam pobyć w samotności. Nie chciałam przebywać teraz w czyimś towarzystwie. Nawet Mary.
                Chodziłam po mieście bez celu. Błąkałam się między uliczkami i wystawami sklepów. Nagle moją uwagę, przykuła niewielka kawiarnia. Dopiero teraz poczułam, jak jest mi zimno. Postanowiłam wejść do środka, a tam czekała na mnie miła niespodzianka.
-Rose, przysiądź się do mnie- usłyszałam głos.
                Odwróciłam się, i zobaczyłam dobrze znaną mi czarnowłosą osóbkę.
-Hej Lea- powiedziałam- Gdzie siostra?
-Leży chora w domu- odparła kiedy przysiadłam się do stolika- Dlaczego nie było cię na prawie wszystkich lekcjach?
-Musiałam coś przemyśleć- powiedziałam smutno.
-Co cię trapi?- zapytała troskliwie- Możesz mi powiedzieć, zrozumiem.
                W tej chwili poczułam, że muszę się komuś wygadać. Nie mogłam dusić tego w sobie. Postanowiłam więc opowiedzieć wszystko czarnowłosej od początku. Z każdym kolejnym słowem czułam jak coś we mnie pęka, a w oczach wzbierają mi się łzy. Po kilku zdaniach płakałam już jak małe dziecko lecz nie przerwałam. Lea była bardzo dobrą słuchaczką. Co jakiś czas przytakiwała mi głową a na koniec powiedziała ,,Ale dupek!”. Kiedy skończyłam, przysunęła się do mnie i mnie przytuliła.
-Nie przejmuj się tym idiotą- powiedziała z współczuciem- Na świecie już są tacy idioci. Pewnie nie pierwszy raz ktoś złamie ci serce. Teraz najważniejsze to przeboleć. Za kilka dni będzie już lepiej, a z czasem zapomnisz o tym bałwanie. Musisz pokazać, że się tym nie przejmujesz i, że jesteś silna. Wiem co mówię. Ja swoje już wycierpiałam. Życie idzie dalej. Nie możesz zatrzymać się w miejscu i wspominać stare nieszczęścia, smutki i bóle.
                Musiałam przyznać, że monolog Lei dał mi do myślenia. Była naprawdę mądrą osobą.
-dziękuję za radę- powiedziałam przytulając się do niej- wiesz, muszę już wracać.
                Po tych słowach pożegnałam się z nową przyjaciółką i ruszyłam w stronę domu.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział z dedykacją dla  Zosi którą poznałam na feriach oraz dla Black która tak jak Klaudia komentuje moje wypociny.

Rozdział 9 już nie długo. Przepraszam, że rozdział taki krótki, ale nie miałam weny, i za dużo czasu by go napisać, gdyż chciałam go dodać szybko, na prośbę mojej przyjaciółki. Dodatkowo podczas pisania miałam dziwne schizy, co zawdzięczam mojej przyjaciółce. Skończyło to się tak, że na końcu miałam zamiar dodać dresa z siekierą, lecz się ogarnęłam xD

Miłego czytania <3

niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 7


                Stałam z Marą pod drzewem w parku, kiedy podjechała do nas na rolkach dziewczyna z naszej klasy, Angela. Była to drobna osóbka, o kasztanowych włosach, sięgających do ramion. Miała duże, zielone oczy.
-Rose, to prawda?- zapytała szatynka kiedy piłam coca-colę.
-Ale o co chodzi?- nie za bardzo wiedziałam o co chodzi.
-O to, że chodzisz z Jamsem?- zapytała, a ja myślałam, że zachłysnę się napojem.
                Ja i James?! Niech no ja tylko dorwę osobę, która rozpuściła tę plotkę.
-kto ci to powiedział?!- Krzyknęłam, ponieważ Angela odjechała już od nas, w głąb parku i niestety nie usłyszała mojego wołania.
                jednak kontem oka zobaczyłam, jak Mara lekko przygryza dolną wargę.
-Maro, wiesz coś o tym?- zapytałam jej lekko przesłodzonym głosem.
-No wiesz, myślałam, że ze sobą chodzicie- zaczęła- No bo odprowadzał cię do domu po szkole, siedzisz z nim na matematyce…
-No przecież wiesz, że na matmie to nie ja chciałam z nim siedzieć- zaczęłam rozbawiona sytuacją- a odprowadza mnie do domu, ponieważ się przyjaźnimy, a on sam mi to proponuje.
                Mara wyglądała na lekko zmieszaną. Posłała mi przepraszający uśmiech.
-No nic się nie stało- powiedziałam.
-Skoro tak mówisz- powiedziała czerwona na twarzy- Ej, kiedy jest ten bal?
                Mara zręcznie potrafiła zmieniać temat.
-We wtorek.
-To za dwa dni!- powiedziała podekscytowana- chodź, trzeba pójść kupić sukienki.
                Po tych słowach, wzięła mnie pod rękę, i ruszyłyśmy w kierunku sklepów. Po drodze mijałyśmy wiele wystaw z sukienkami, lecz żadna nie nadawała się na bal jesienny. Szukałyśmy czegoś wyjątkowego i w ciepłych kolorach. Jednak nic takiego nie widziałyśmy.
                W końcu wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy bardziej w centrum miasta. Trochę pobłądziłyśmy między uliczkami, aż w końcu weszłyśmy do jakiego niewielkiego sklepiku na uboczu.
                W drzwiach o naszym wejściu poinformował kasjerkę dzwoneczek.
-w czym mogę pomóc?- zapytała nas z uśmiechem. W środku nie było dużo osób. Tak właściwie byłam tylko ja i Mara.
-Szukamy jakiś sukienek, na bal jesienny- powiedziała rudowłosa.
                Sprzedawczyni powiedziała nam, byśmy za nią podążyły. Poprowadziła nas pomiędzy rzędami wieszaków z najróżniejszymi rzeczami, aż w końcu doszłyśmy do ściany z wieszakami, na których wisiały wprost przecudne sukienki. Mara wzięła do przymierzalni dwie sukienki, która podobały jej się najbardziej. Ja przy półce zostałam trochę dłużej. W końcu wzięłam trzy sukienki. Jedną w kolorze pomarańczy a dwie pozostałe czerwone.
                Jednak w przymierzalni okazało się, że jeśli chodzi o pomarańczową, to nie ma mojego rozmiaru. Odwiesiłam ją więc na wieszak, i przymierzyłam czerwone. Miałam problem co do wyboru. W końcu wybrałam sukienkę w kolorze róży sięgającą za kostki. W pasie była obwiązana czarną wstążką. Miała delikatne, jedwabne rękawy sięgające do łokci.
-Są do niej jakieś dodatki?- zapytałam sprzedawczynie pokazując jej wybraną przeze mnie sukienkę.
-Oczywiście, że są- powiedziała do mnie z uśmiechem- poczekaj, coś ci przyniosę.
                Po tych słowach zniknęła pomiędzy wieszakami. Po chwili jednak wróciła trzymając w rękach czerwone szpilki, które okazały się na mnie wprost idealne. Do kompletu była również spinka z różą, oraz czerwone rękawiczki sięgające za nadgarstek. Ja wybrałam sobie również naszyjnik z zawieszką z czarną różą. Całość prezentowała się wspaniale.
-Rose, na pewno będziesz wyglądać najładniej!- zawołała Mara widząc kupione przeze mnie rzeczy.
-Ale za to w tobie będę miała niezłą konkurentkę- powiedziałam.
                Mara kupiła sobie złotą sukienkę do kostek. Do kompletu wybrała sobie pomarańczowe balerinki i w tym samym kolorze korale. Kupiła sobie również złotą wstążkę, by wpleść ją sobie we włosy. Moja kuzynka jednak miała największe szczęście, ponieważ miała rude włosy która pasowały jej do stroju.
                W dobrych humorach wyszłyśmy ze sklepu i skierowałyśmy się w kierunku domu.
                                                                         ***
                Następnego dnia, gdy siedziałam na parapecie przy klasie od plastyki podszedł do mnie Gavin, chłopak z naszej szkoły. Chodził klasę wyżej.
                Miał zielone oczy i czarne włosy, które były w wiecznym nieładzie. Był jednym z najładniejszym chłopaków w szkole, albo jak mówią niektóre dziewczyny ,,Zaraz po Jamsie”.
-Hejka Rose- zaczął- Jest jakaś szansa, że poszłabyś ze mną na jutrzejszy bal?
                Szczerze mówiąc, przez chwilę miałam ochotę mu odmówić. Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że pewnie nikt inny mnie nie zaprosi, i się zgodziłam.
-No to do jutra- powiedział i zaraz zniknął za rogiem.
                ,,W co ja się wpakowałam” pomyślałam ,,Przecież prawie nigdy z nim nie rozmawiałam”.
Przez ułamek sekundy miałam ochotę pobiec za nim i powiedzieć, że zaszło nieporozumienie i jednak nie mogę pójść z nim na bal. Jednak to odpadało, ponieważ pewnie zdążył już się oddalić, a ja nie wiedziałam gdzie ma lekcje. Lecz cały czas pozostała mi symulacja choroby.
                Jednak nie miałam okazji by porządnie przemyśleć jak by się tu wywinąć od pójścia z Gavinem na bal, zabrzmiał dzwonek informujący o lekcji. Jak zawsze, punktualnie z dzwonkiem przyszedł nauczyciel plastyki.
                Był to siwowłosy facet w podeszłym wieku. Miał wiecznie roześmiane zielone oczy. Zawsze miał optymistyczne podejście do świata. Rzadko się zdarzało, by zwracał komuś uwagę za wywinięty kawał. Najczęściej śmiał się z niego wraz z innymi. Zawsze próbował zrozumieć problemy innych. Był bez wątpienia moim ulubionym nauczycielem.
                Pan Hopeful, gdyż tak brzmiało jego nazwisko otworzył nam drzwi do klasy. Ławki, nie były tak jak zawsze podwójne, lecz tym razem były cztery ławki połączone ze sobą, i tworzące kwadrat. Na środku owego kwadratu leżała kartka, zajmująca prawie całą powierzchnię stolików. Obok niej leżały pędzelki i farby.
                Kiedy każdy zajął swoje miejsca nauczyciel rzekł:
-Dziś będziecie pracować w grupach. Macie namalować na tej kartce, jakieś swoje marzenia, czy inspiracje tak, by powstała naprawdę ciekawa kompozycja. No to do dzieła!
                PO tych słowach, nauczyciel wyjął z szuflady książkę, którą miał w zwyczaju czytać na lekcji i zagłębił się w lekturze.
                Przy naszym ,,kwadracie” oprócz mnie siedziała Mara i dwie czarnowłose dziewczyny. Jedna z nich, Kelsey miała wiecznie roześmiane niebieskie oczy. Jej siostry, Lei miały brązowy kolor.
-Macie jakieś propozycje?- zapytała Lea z uśmiechem- Ja proponuję namalować po prostu plątaninę kropek i kresek, a nauczycielowi wciśniemy, że miało być to nasze przedstawienie optymizmu.
                Każdy przystał na ten pomysł, ponieważ wydawał mu się najrozsądniejszy. Każdy wziął sobie pędzelek, i zabrał się do dzieła. Już po zaledwie pięciu minutach, wyglądało to ciekawie. Muszę przyznać, że naprawdę nieźle się przy tym bawiłam. My nie robiłyśmy prawie nic, po prostu machałyśmy pędzelkami po kartce. Wyglądało to jak dziecięce bazgroły. Na początku wydawało mi się to nużące. Jednak zmieniłam zdanie patrząc, jak inni się trudzą by cos namalować.
                Zbliżał się koniec lekcji. Nauczyciel poprosił jedną osobę z każdej grupy, by podeszłą do niego z pracą. Nauczyciel oglądał malunek każdego, i ze skinieniem głowy udzielał mu z uśmiechem drobnych uwag na koniec i tak oznajmiając, że praca jest bardzo ładna, i starannie wykonana. W końcu podeszła do niego Kelsey i podała nauczycielowi naszą pracę. Staruszek chwilę się jej przyglądał i mruczał coś pod nosem a na koniec powiedział, że… Nasza praca jest najlepsza!
                Jednak nie zdążyłam wybuchnąć śmiechem, ponieważ zabrzmiał dzwonek. Nie przeszkodziło mi to jednak, by na korytarzu pośmiać się z tej sytuacji.
-Nie spodziewałam się tego- powiedziała Mara chichocząc- poczekaj, muszę iść do łazienki.
                Po tych słowach oddaliła się w głąb korytarza. Usiadłam na parapecie, gdy podszedł do mnie James.
-Rose, poszłabyś ze mną jutro na bal?- zapytał- Pomyślałem, że jeśli nikt cię jeszcze nie zaprosił, to może poszłabyś ze mną.
                Nagle poczułam się strasznie głupio. Sama nie wiem czemu.
-Wiesz, ja już z kimś idę- powiedziałam spuszczając wzrok- naprawdę przepraszam.
-Za co ty mnie przepraszasz?- zapytał rozbawiony- Po prostu się spóźniłem. Znajdę sobie jakieś zajęcie.
                Po tych słowach odszedł, a mnie wzięły wyrzuty sumienia. Nie wiem czemu, ale czułam, że w czymś zawiniłam. Przecież mogłam z łatwością odmówić Gavinowi i pójść z Jamsem. ,,Jestem idiotką” pomyślałam w rozpaczy. Jednak nie miałam czasu, na dalsze ubolewanie po podbiegła do mnie cała w skowronkach Mara.
-Nie zgadniesz kto mnie zaprosił!- powiedziała do mnie skacząc w miejscu z radości- Zaprosił mnie  Jake!
                Jake był szatynem o piwnych oczach. Mara ,,zakochała się” w nim na początku roku szkolnego. Jednak ja, uważałam to za zwykłe zauroczenie. Ruda była bardzo kochliwa, jednak ucieszyłam się widząc to, jaka jest szczęśliwa. Tak samo się cieszyła, jak na swoje dziesiąte urodziny dostała psa, którego nazwała Smerf. Jednak zwierzę uciekło dwa lata później i Mara chodziła cała przygnębiona.
-Cieszę się- powiedziałam do niej z uśmiechem  i ruszyłyśmy w stronę klasy od fizyki.
                                                                          ***


                Następnego wieczoru, stałam przed lustrem ubrana na bal. Musze przyznać nieskromnie, że wyglądałam świetnie. Mara pożyczyła mi też złoty brokat w spreju, którym spryskałam sobie włosy. Zresztą ruda wyglądała równie pięknie. Kiedy wybiła godzina 18.45 zeszłyśmy na dół oznajmić, że musimy już iść, ponieważ bal zaczynał się o 19.00. Nie wiem jaki geniusz wpadł na pomysł zrobienia balu w środku tygodnia. Pewnie zapomniał o tym, że następnego dnia trzeba iść do szkoły.
                Poprosiłyśmy o podwózkę mojego tatę, bo nie miałyśmy zamiaru iść w sukienkach, zwłaszcza zwracając uwagę na panującą tu temperaturę. Tata zgodził się, chodź na początku niechętnie ponieważ oznaczało to, że musi wstać z kanapy. Z Marą narzuciłyśmy na siebie płaszczaki i wsiadłyśmy do samochodu.
                Po pięciu minutach byłyśmy na miejscu. Od razu po wyjściu z samochodu było słychać muzykę.
-To do zobaczenia tatusiu!- powiedziałam i posłałam tacie buziaka. Tata spojrzał się na mnie, uśmiechnął się i teatralnie uniósł oczy w górę. Zawsze tak robił, gdy zachowywałam się jak siedmiolatka. Popatrzyłam się na niego z rozbawieniem, a następnie wzięłam Marę pod rękę i ruszyłyśmy w stronę chłopaka, którego dostrzegłyśmy niedaleko wejścia. Jake nonszalancko opierał się o framugę szeroko otwartych drzwi wejściowych.
                Kiedy Mara go zobaczyła podbiegła do niego i pocałowała go w policzek. Oczywiście Gavina nigdzie nie było widać. Jednak można się było tego po nim spodziewać. Lecz jak na razie byłam bardziej zadowolona niż przygnębiona brakiem obecności czarnowłosego chłopaka.
                Wraz z Marą i jej partnerem poszłam do Sali gimnastycznej, gdzie w drzwiach powitał mnie Gavin.
-Hejka Rose- powiedział z uśmiechem. - Ślicznie wyglądasz.
-Dziękuję- odparłam wzruszając ramionami.
                Po tych słowach Gavin (Starałam się ukryć swoją niechęć) wziął mnie pod rękę i weszliśmy do sali. Miałam wrażenie, że większa część osób wpatruje się we mnie, lub patrzy z zazdrością. Kątem oka zobaczyłam, jak mój partner puszcza oczko do jakiejś jasnowłosej dziewczyny, która natychmiast odbiegła zarumieniona.
                Wcześniej myślałam, że na balu będę tańczyła, aż mnie rozboli nogi. Lecz poszłam z Gavinem a to oznaczało cos bardzo mylnego. Pierwsze co zrobił czarnowłosy chłopak, to podszedł ze mną do stolika i usiedliśmy na ciemnych krzesełach obitych czerwonymi poduszkami. Kilka sekund potem przysiadła się do nas blondynka i zaczęła rozmawiać z Gavinem. Ja się nie wtrącałam, tylko miałam nadzieję, że uda mi się zasnąć. I tak minęła pierwsza ,,magiczna” godzina.
-Gavin, czy w twoim pustym łbie pojawiła się myśl, by poprosić mnie do tańca?!- zapytałam się go mocno już zirytowana zachowaniem chłopaka. Gavin po dłuższym zastanowieniu odparł, że nie przyszedł na bal aby wysłuchiwać mojego jęczenia. W tym momencie trzepnęłam go ręką w policzek i z napięciem weszłam w tłum wspaniale bawiących się nastolatków.
                Podsumowując- Chłopak z którym umówiłam się na bal, to kompletny idiota. W tłumie odszukałam tańczącą Marę z Jakiem. ,,Przynajmniej moja przyjaciółka dobrze się bawi” pomyślałam przyglądając się jej z uśmiechem. Musiałam przyznać, że ruda naprawdę dobrze tańczyła. ,,Szkoda, że ja tak nie potrafię” pomyślałam. W końcu nie chciałam stać na środku parkietu, bo zrobiło mi się gorąco, więc postanowiłam zejść na bok, lecz poczułam jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłam się z napięciem i krzyknęłam
-Zostaw mnie ty ostatni kretynie!- Oczywiście myślałam, że to Gavin przemyślał swoje niedorzeczne zachowanie i teraz próbuje mnie przeprosić, lecz nie. Za mną stał nie kto inny jak James Dauglas.
-Rose, czy ja ci coś zrobiłem, że się tak na mnie wydzierasz? – zapytał mnie chłodnym głosem chłopkach odciągając mnie na bok.
-Oj, przepraszam- zaczęłam się tłumaczyć- myślałam, że to Gavin.
                I w tym właśnie momencie James wybuchnął śmiechem.
-Co się stało?- zapytał mnie chłopak z trudem powstrzymując śmiech.
-Wyobraź to sobie tak- zaczęłam-Czy zdenerwowałbyś się, gdybyś przez bitą godzinę, musiałbyś siedzieć przy stoliku i słuchać jak osoba ci towarzysząca dyskutuje o wzorach matematycznych?
-Naprawdę o tym rozmawiał?- zapytał blondyn marszcząc brwi.
-Nie, po prostu trochę to ubarwiłam- powiedziałam śmiejąc się.
-Ok, najważniejsze, że zrozumiałem- powiedział z uśmiechem- A więc jednak jest takim kretynek jak myślałem. A teraz, skoro wydaje mi się, że już nie masz partnera, zatańczyłabyś ze mną?- zapytał James podając mi dłoń.
-Oczywiście- odparłam i jak na zawołanie zagrali wolną piosenkę.
                Objęłam go rękami za szyję a on mnie w talii. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej a on brodę na mojej głowie i tańczyliśmy tak przytuleni.
                                                                  ***
                Następnego dnia obudził mnie straszny ból głowy. Albo raczej Mara, która delikatnie mną potrząsała.
-Rose, już trzeba iść do szkoły- powiedziała łagodnie.
-Idź sama- odparłam- strasznie boli mnie głowa.
-Skoro tak- powiedziała przykładając mi rękę do czoła- usprawiedliwię cię.
                Po tych słowach poszła się ubrać i zeszła na dół, a ja zostałam sama z okropną gorączką. Rodzice byli w pracy, babcia również, ponieważ pracowała w pobliskim sklepie.  Sama więc musiałam zejść na dół i zrobić sobie śniadanie.
                Zrobiłam sobie na szybko płatki z mlekiem, i kiedy je zjadłam wzięłam sobie lekarstwo. Po godzinie poczułam, że głowa mnie już praktycznie nie boli. Spojrzałam na zegarek. Mara wyszła już ze szkoły, lecz miała jeszcze przez dwie godziny lekcje gitary. Byłam więc skazana na siebie. Poszłam na górę, by się ubrać i doprowadzić do porządku.
                Wybrałam sweterek w biało-czarne paski oraz jasnoniebieskie jeansy. Założyłam również do tego czarne trampki. Sweter był do nadgarstków, więc nie musiałam zakładać bransoletki która zakryłaby mi znak. Rozczesałam włosy, i zrobiłam sobie warkocza. Jednak nie wyszedł mi taki schludny tylko taki niedbały, lecz to tylko dodało mu uroku.
                Zeszłam na dół, by zaparzyć sobie herbatę, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wzięłam do ręki klucze, i wyszłam na dwór, by otworzyć dobrze znanej mi osobie.
-Ciekawe skąd wiedziałam, że to ty- zapytałam się Jamsa kiedy usiedliśmy w salonie.
-Może dlatego, że tylko ja tak o ciebie dbam- odparł swoim, dobrze mi znanym tajemniczym głosem- Dlaczego nie było cię w szkole?
-bardzo bolała mnie głowa- odparłam- ale już dobrze się czuję.
-Mam nadzieję- odparł z uśmiechem, lekko się do mnie przysuwając.
                Spojrzałam mu w oczy. Patrzył na mnie jakoś tak inaczej niż zwykle. Nie mogę powiedzieć, że mi się to nie podobało. W pewnej chwili poczułam, jak chwyta mnie za rękę, a po chwili się do mnie delikatnie przysunął, tak, że czułam teraz jego oddech.
                Tym razem się nie odsunęłam. Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy, aż w końcu, James delikatnie mnie pocałował.
----------------------------------------------------------------------------------------------------

Nie spodziewałam się, że tak szybko dodam siódmy rozdział. No ale cóż...
Fragment z balem pisany wraz z przyjaciółką.
Dedykacja dla:

Klaudii która komentuje każde moje rozdziały oraz dla Natalki która dostarcza mi rozrywki na lekcjach j. Angielskiego :D

Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Chyba nie spodziewaliście się takiego zakończenia? ;D
Nowy rozdział za kilka dni.

                                                           CZYTASZ- KOMENTUJESZ

sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 6



Następnego dnia obudziły mnie promienie słońca wpadające przez okno do pokoju mojego i Mary. Spojrzałam na zegarek który wskazywał godzinę 7.30.
-Kurde Mara, obudź się bo się spóźnimy do szkoły!- krzyknęłam do niej szukając w pośpiechu mundurka.
                Jak burza wpadłam do łazienki i w pośpiechu zaczęłam się ubierać. Kiedy wybiegłam z toalety od razu zaraz po mnie w szybkim tempie weszła moja kuzynka. Błyskawicznie zeszłam na dół i wzięłam z lodówki pierwszy lepszy jogurt. Od razu wzięłam też dla Mary która zeszła 15 minut później.
                Kazałam jej wziąć go w rękę i jeść w drodze do szkoły, bo inaczej byśmy nie zdążyły. Nie wspominając o tym, że naszym pierwszym przedmiotem była matematyka.
                Sprintem wbiegłyśmy więc do szkoły i skierowaliśmy się na górę, pod salę do matematyki. Kiedy dobiegłyśmy, wszyscy wchodzili już do klasy.
-Już myślałam, że nie zdążymy- powiedziałam do Mary która siłowała się z torbą bez przerwy zjeżdżającą jej z ramienia.
                Weszłyśmy do klasy, i zajęłyśmy swoje miejsca, podczas gdy nauczycielka zaczęła długi monolog na temat jakiś wzorów matematycznych. Jednak dopiero po chwili zauważyłam, że miejsce obok mnie jest puste.
                Lecz postanowiłam się tym nie przejmować i skupić na zadaniu. Jednak po piętnastu minutach lekcji drzwi do klasy się otworzyły i stanął w nich dobrze znany mi chłopak.
-Przepraszam za spóźnienie- powiedział do nauczycielki siadając obok mnie w ławce.
                Starsza pani tylko rzuciła mu ostrzegające spojrzenie i powróciła do wykładu. Słuchałam jej ze znudzeniem. Cały materiał przerabiałam w poprzedniej szkole i wszystko umiałam bardzo dobrze. Spojrzałam na zegarek. Miałam wrażenie, że wskazówki zegara w ogóle nie zmieniają położenia.
                Kiedy już prawie zasnęłam i nastał dzwonek nauczycielka poprosiła do siebie mnie i Jamsa. Pomyślałam, że pewnie jakoś jej podpadłam i przestraszona do niej podeszłam. Chwilę później podszedł również blondyn.
-za tydzień nasza szkoła organizuje taki wczesny bal jesienny- zaczęła- i chciałabym aby wasza dwójka pomogła w tą sobotę w udekorowaniu Sali.
-Ale dlaczego my?- zapytałam zirytowana.
-Pan Dauglas za to, że się spóźnił a pani dlatego bo siedzi z nim w ławce- w tym momencie na twarzy starszej pani zagościł drwiący uśmiech- Do widzenia.
                Po tych słowach nauczycielka opuściła klasę. ,,Nienawidzę tej baby” pomyślałam ze złością i wraz z Jamsem opuściłam klasę.
-Dlaczego my?!- pytałam się chłopaka kiedy szliśmy korytarzem do sali od przyrody.
-Chyba ci to nauczycielka wyjaśniła- powiedział do mnie chłodno i przyśpieszył kroku.
-O co ci chodzi?- zapytałam się bardziej zirytowana jego zachowaniem niż sprawą z balem- Co ja ci takiego zrobiłam, że nagle stajesz się dla mnie taki chłodny?!
-Po prostu taki jestem- odparł chłodno i przyśpieszył tempo tak, że prawie za nim biegłam.
-Ja cię już nie rozumiem- Powiedziałam zdenerwowana.
-I niech tak zostanie- powiedział- może wtedy dasz mi już spokój.
                I to ja miałam dać mu spokój? To on za mną łazi, nie daje mi spokoju, a teraz mówi ,,Może wtedy dasz mi spokój”. Przyśpieszyłam tempo, by powiedzieć mu kilka słów na temat tego, co o nim myślę.
                Jednak po chwili dałam sobie z nim spokój. ,,Ok, jednak jest takim idiotą jak myślałam na początku” pomyślałam ze złością i zaczęłam szukać Mary, ponieważ pod klasą jej nie było.
                Wyszłam na podwórko szkolne i poszłam poszukać jej za szkołą, ponieważ w Anglii często lubiłam chodzić na tego typu samotne spacery. Lecz kiedy skręciłam w stronę tyłów szkoły kilka dziewczyn zastąpiło mi drogę.
                Były może w moim wieku. Wśród nich były dwie dziewczyny ze stołówki.
-O co wam chodzi?- zapytałam- Kim wy tak w ogóle jesteście?
                Wtedy na przód wyszła nawet ładna blondynka.
-jestem przewodniczącą fanklubu- rzekła uroczystym tonem.
                Zaczęłam się coraz bardziej denerwować. ,,Co to za szopka??” pomyślałam.
-fanklubu? Czyjego?- zapytałam mocno już zdenerwowana.
-Jamsa- odpowiedziała znana mi czarnowłosa dziewczyna.
                W tej właśnie cudownej chwili zaczęłam się tak śmiać, że aż rozbolał mnie brzuch. Powoli coraz bardziej zaczynałam wątpić w istnienie inteligencji u niektórych osób w tej szkole.
-Ok, jestem w ukrytej kamerze, tak?- zapytałam śmiejąc się cały czas- A tak naprawdę to o co chodzi?
-To nie są żarty- powiedziała do mnie ze złością blondynka- Chcemy po prostu abyś się od niego odwaliła.
-Zrobię to z przyjemnością- odparłam przejeżdżając sobie ręką po czole by pokazać jaką ulgę mi zrobiły- A tak naprawdę, to on za mną cały czas łazi, a nie ja za nim.
                Cały czas sytuacja wydawała mi się tak śmieszna, że co chwila wybuchałam śmiechem i łapałam się za brzuch który mnie już bolał. Jednak po wypowiedzeniu tych słów blondynka popchnęła mnie tak, że upadłam na chodnik.
-Czy ja wam coś zrobiłam?- zapytałam się ich ze złością.

( Podkład do tej sceny:
Leona Lewis- Bleeding love)

                Kiedy zobaczyłam, że miały coś odpowiedzieć, poczułam jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Od razu gwałtownie się odwróciłam i zobaczyłam Jamsa.
-No to robi się coraz ciekawiej- mruknęłam do siebie cicho.
-Jakiś problem?- zapytał spokojnie James.
-Nie, nie…- powiedziały zgodnie dziewczyny, i pośpiesznie się oddaliły z rumieńcami na twarzy.
                Od razu wyrwałam się z uścisku Jamsa. I pośpiesznie ruszyłam w stronę wejścia do szkoły.
-Nawet nie podziękujesz?- zapytał mnie chłopak z drwiącym uśmiechem na twarzy, jak na złość dotrzymując mi kroku.
-Dziękuję- warknęłam w jego stronę.
                James zatrzymał się i zaczął lustrować mnie wzrokiem. Patrzył na mnie tak, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.
-O co ci chodzi?- zapytał mnie trochę już zirytowany.
-O co mi chodzi?!- Krzyknęłam w jego stronę- A pomyślałeś może o tym, że sam jesteś sobie winien?! Jeszcze wczoraj zachowywałeś się jak mój przyjaciel, a teraz?! Jesteś dla mnie strasznie chłodny i zachowujesz się tak, jakbyś mnie nienawidził! Czasami się zastanawiam, czy ty naprawdę jesteś skończonym idiotą, czy tylko udajesz!
                W tej chwili poczułam łzy napływające mi do oczu. Czułam się podle. Ale nie dlatego, że na niego nakrzyczałam, bo naprawdę na to zasłużył. Nie wiedziałam, czym sobie zasłużyłam na takie wcześniejsze zachowanie z jego strony.
                Kiedy tylko poczułam, że oczy robią mi się mokre odwróciłam się, i zaczęłam biec w stronę szkoły, lecz chłopak od razu złapał mnie za rękę, zmuszając mnie do tego, bym odwróciła się w jego stronę.
-Rose, ty płaczesz?- zapytał mnie ze smutkiem James
                Nie odpowiedziałam, po prostu stałam tak, i wpatrywałam się w swoje buty.
-Proszę cię, nie płacz przeze mnie- powiedział do mnie klękając przede mną błagalnie na kolanach.
                Nie odpowiedziałam mu. Po prostu stałam tak, pozwalając by chłodny jesienny wiatr targał mi włosy. W tym momencie podzieliłam się na dwie części. Jedna chciała mu wybaczyć, a druga nie dać mu trzeciej drugiej już z kolei szansy ponieważ bała się ponownego odrzucenia.
-Proszę cię- powiedział do mnie błagalnym tonem.
-Powiedz mi chociaż czemu dziś się tak zachowywałeś- W końcu się do niego odezwałam.
                James milczał i momentalnie spuścił wzrok, unikając mojego spojrzenia.
-No to świetnie!- krzyknęłam i już miałam wracać do szkoły kiedy chłopak się odezwał:
-Nie mogę ci powiedzieć.
-Super. W takim razie daj mi spokój- powiedziałam i poczułam kolejne łzy spływające mi po policzkach.
- Nawet gdybym chciał, nie mogę ci powiedzieć, ale uwierz mi, gdybym mógł wszystko bym ci powiedział.
                Spojrzałam na niego zdziwiona. Mówił to z taką powagą w głosie, jakiej jeszcze u niego nie słyszałam.
-Jak to, dlaczego nie możesz?- zapytałam go.
-PO prostu nie mogę. Wybacz mi. Powiem ci wszystko co chcesz, ale nie to- powiedział ze smutkiem.
                Chciałam mu coś powiedzieć, lecz w tym momencie James wstał i przytulił mnie opierając brodę na mojej głowie. Przytuliłam głowę do jego torsu.
-Przepraszam, trochę umazałam ci tuszem koszulę- powiedziałam do niego pociągając jeszcze przy tym lekko nosem.
-Należało mi się- odparł całując mnie delikatnie w czoło- to wybaczysz mi?
-Jak widać nie mam wyjścia- odparłam i się uśmiechnęłam.
                James odwzajemnił uśmiech, i razem poszliśmy do klasy. Miałam tylko nadzieję, że dobrze zrobiłam przebaczając mu. Wierzyłam, że nie można być aż takim idiotą, by po raz trzeci zawieźć zaufanie osoby, która ci ufa.
                                                                                 ***
                Reszta tygodnie minęła spokojnie i sobota nadeszła dość szybko. Biegłam wraz z Jamsem korytarzem w stronę sali gimnastycznej gdzie miał odbyć się bal.
-Jesteśmy już spóźnieni- powiedziałam do Jamsa biegnąc sprintem obok niego i ledwo dotrzymując mu kroku.
-Wiem, musimy się pośpieszyć- powiedział do mnie chłopak i złapał mnie za rękę, lekko ciągnąc za sobą.
                Kiedy dobiegliśmy na miejsce, w Sali zastaliśmy nauczycielkę od matematyki nazywanej przez uczniów ,,Tyranozaurem”, otoczonej wieloma pudłami.
-Nareszcie jesteście- powiedziała chłodno- Macie mi przemienić tą salę nie do poznania. W tych pudłach macie wszelkie ozdoby. Daję wam na to 4 godziny.
                Po tych słowach nauczycielka opuściła salę.
-Po prostu super- powiedziałam sama do siebie- Miałam w to popołudnie iść z Marą do kina.
-Nie narzekaj- powiedział do mnie blondyn wyjmując z pudełka jedną z kwietnych girland którą zaczęliśmy wieszać przy wejściu- Mogła dać nam coś o wiele gorszego.
                Nie odpowiedziałam, tylko zaczęłam przystrajać salę gimnastyczną. Wyjęłam z pudełka dość długi kawałek czerwonej wykładziny, i rozłożyłam go przy wejściu żeby powstało coś na wzór czerwonego dywanu.
 Ściany zostały poobwieszane przez nas kolorowymi girlandami oraz łańcuchami. Kosze do koszykówki przystroiliśmy serpentynami a na suficie popowieszaliśmy  wcześniej napompowane przez nas balony.
                Przynieśliśmy również z zaplecza kilka stołów które ustawiliśmy w rządku pod ścianą, i nałożyliśmy na nie biały obrus, na którym we wtorek postawi się różne przekąski.
                Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 18.30. Mieliśmy więc jeszcze pół godziny. Zmęczona oparłam się plecami o ścianę.
-Co się stało?- zapytał się mnie James podchodząc do mnie.
-Jestem strasznie zmęczona- odparłam.
-Myślisz, że ja nie?- zapytał się ,mnie ze śmiechem, co mnie strasznie zdziwiło, bo śmiał się strasznie rzadko-Muszę zapamiętać, by więcej się na matematykę nie spóźniać.
-Przez ciebie musiałam sama rozwiązywać zadania- powiedziałam z udawanym wyrzutem.
                Przez chwilę staliśmy w milczeniu a potem usiedliśmy opierając się plecami o ścianę. Jednak później ogarnęła mnie senność. Jednak nie dziwiłam się sobie, ponieważ ostatnie trzy godziny były bardzo intensywne.
                Zmęczona oparłam głowę na ramieniu Jamsa.
-co robisz?- zapytał się mnie lekko rozbawiony.
-Staram się nie zasnąć- odparłam sennym głosem.
                Jednak moje próby zachowania przytomności spełzły na prawie niczym ponieważ James zaczął bawić się moimi włosami.
-Nie pomagasz- powiedziałam do niego wstając – chodź, powiesimy jeszcze przy wejściu tą girlandę.
                Wskazałam palcem na łańcuch w kolorach jesieni. James przyniósł drabinę.
-Przytrzymać ci ją?- zapytał mnie widząc jak na nią wchodzę.
-Nie, nie trzeba- powiedziałam, lecz przy mocowaniu girlandy drabina się zachwiała. Spadłabym z niej, gdyby nie to, że James mnie złapał- Ok, jednak trzeba było. Możesz mnie już postawić?
                Chłopak zrobił tak, jak poprosiłam.
-Na pewno nic ci nie jest?- zapytał mnie blondyn.
-tak, na pewno- powiedziałam przewracając oczami- To przecież nawet nie było wysoko.
                Myślałam, że James jak zwykle będzie chciał postawić na swoim, nawet mimo tego, że właśnie do Sali weszła nauczycielka.
-Szybko się uwinęliście- powiedziała to z prawie niedostrzegalnym smutkiem w głosie, jakby żałowała, że nie może na nas nawrzeszczeć- możecie już iść.
                Po tych słowach wyszłam z blondynem z sali.
-Mogę cię odprowadzić?- zapytał.
-jak sobie chcesz- westchnęłam- Tylko żeby potem nie było, że to ja za tobą łażę.
                Po tych słowach James zatrzymał się jak wryty.
-Ja naprawdę jeszcze raz przepraszam- powiedział- no wiesz, za wtedy.
-Już się nie gniewam-powiedziałam do niego z uśmiechem.
                James nie odpowiedział, po prostu snuł się koło mnie nic nie mówiąc, aż przechodziliśmy koło starbucksu.
-Poczekaj chwilę- powiedział po raz pierwszy od dłuższego czasu i wszedł do środka kawiarni.
                Zostałam przy wejściu i zamknęłam oczy. Sama nie wiem czemu, ale nagle przypomniałam sobie, jak w Anglii przychodziłam do tej kafejki wraz z Marą. Zawsze chodziłyśmy tam po szkole i odrabiałyśmy w tym miejscu pracę domową. Przy takim małym, stoliczku przy oknie. Był stamtąd widok na mało ruchliwą ulicę. Rzadko ktoś tędy przejeżdżał samochodem. Częściej jeżdżono tędy na rowerach.
                Sama kiedyś z Marą wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową. Stłukłam sobie wtedy kolano, ponieważ straciłam równowagę, i upadłam, a do tego prosto w błoto. Teraz wraz z moją przyjaciółką śmieję się z tej sytuacji.
                W pewnym momencie poczułam, jak łza spłynęła mi po policzku. Myślałam, że zdążyłam się już zaaklimatyzować w San Francisko, lecz wspomnienia tak bardzo raniły, że nie mogłam zapanować nad łzami.
-Rose, ty płaczesz?- Z rozmyślań wyrwał mnie męski głos.
-Nie, nie- powiedziałam i palcem otarłam kilka łez- No wiesz, wspomnienia.
                Stał przede mną James, trzymając dwie kawy. Podał mi jedną z nich.
-no wiesz co?- udałam oburzenia- Nie musiałeś.
-Oj tam, przesadzasz- powiedział chłopak z uśmiechem i ruszyliśmy w stronę mojego domu.

------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział z dedykacją dla:

Zuzy która ma mi przywieźć szwedzkie żelki, oraz która zabija mnie SMS-ami o następne rozdziały.

Jednak dedykacja jest również dla drugiej Zuzy z którą spędzam ferie, i na życzenie której powstał fanklub Jamsa :)


Mam nadzieję, że rozdział się podoba :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 5

No i jest rozdział!

Podkład:
Skillet: Comatose

(Sorka, że podałam tak ale na laptopie taka niezorientowana jestem szczególnie, że nie mogę skopiować adresu strony, nie wiem czemu >.<)

------------------------------------------------------------------------------------------
Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Jamsem.

-Czego chcesz?- zapytałam się go ,,grzecznie”.
-Pogadać- odparł.
-Wiesz nie mam czasu- odparłam mu chłodno- myślałam, że wczoraj wszystko sobie wyjaśniliśmy.
                Po tych słowach zaczęłam zmierzać w kierunku sali. Kiedy rzuciłam plecak pod ścianę, James chwycił mnie delikatnie za nadgarstek.
-Przepraszam- powiedział patrząc mi w oczy.
-Kiedyś już to słyszałam- powiedziałam wyrywając rękę z jego uścisk.
 -Ale ja naprawdę przepraszam- powiedział- wczoraj wszystko przemyślałem. Zachowałem się jak idiota.
                Nie wiedziałam co powiedzieć, bo przyznanie mu teraz racji, byłoby co najmniej grubiańskie. Po prostu stałam i wpatrywałam się w swoje buty.
-A więc nic nie powiesz?- zapytał unosząc jedną brew i czekając na moją reakcję- Nie wiem po co ja się nawet staram cię przeprosić, skoro i tak nie przyjmiesz moich przeprosin.
                James już odchodził, a ja nadal stałam w miejscu robiąc się czerwona na twarzy.
-Poczekaj!- krzyknęłam za nim gdy już miał skręcić w boczny korytarz.
                Pobiegłam za nim. Kiedy go dogoniłam stanęłam przed nim i uniosłam głowę do góry by spojrzeć mu w oczy, ponieważ sięgałam mu ledwo do ramienia.
-To ja przepraszam- powiedziałam spuszczając głowę- skoro po prostu nie chciałeś się ze mną przyjaźnić, powinnam po prostu przyjąć to do wiadomości a nie tak zareagować.
-To nie jest twoja wina- powiedział spoglądając na mnie z góry i kładąc mi rękę na ramieniu.
                Chciałam coś powiedzieć, lecz zadzwonił dzwonek informujący o nadchodzącej lekcji matematyki. Westchnęłam i skierowałam się do sali, lecz James chwycił mnie za rękę.
-Dziękuję, że mi wybaczyłaś- powiedział posyłając i blady uśmiech, który ja oczywiście z grzeczności odwzajemniłam.
                Wraz z Jamsem skierowałam się do sali i kiedy stanęłam pod ścianą zobaczyłam Marę biegnącą w moim kierunku. Dobiegła do mnie zdyszana.
-Przez ten cały czas szukałam klasy!- powiedziała- ale całe szczęście, że mi się już znalazłaś.
                Nic nie powiedziałam, po prostu ją przytuliłam. Kilka chwil później przyszła nauczycielka. Była to siwowłosa kobieta w podeszłym wieku. Pierwsze co zrobiła, to kazała się nam ustawić w rzędzie pod tablicą.
-Witam was- rzekła donośnym głosem- Pewnie zastanawiacie się, czemu nie możecie od razu wybrać miejsc? Otóż, każdy by usiadł z tym kogo lubi najbardziej, a wtedy nie uważalibyście na lekcji. Więc to ja wybiorę wam miejsca oraz to, z kim będziecie siedzieć. wybiorę wam miejsca oraz to, z kim będziecie siedzieć.
                ,,No to super” pomyślałam, opierając się plecami o tablicę, podczas gdy nauczycielka wytykała każdemu miejsce.
                W pewnym momencie zauważyłam, że bez miejsca zostałam tylko ja, Mara, James i kilka innych osób. W pewnym momencie, nauczycielka która zapewne pochodziła z epoki kamienia posadziła Marę z jakąś blondynką. Teraz wiedziałam, że już na pewno mam przechlapane.
                Rozejrzałam się po klasie. Każdy już miał swoje miejsce oprócz mnie, Jamsa i czarnowłosej dziewczyny ze stołówki.
                Spojrzałam na nauczycielkę. Miała taką minę, jakby się nad czymś wyraźnie zastanawiała.
-Ty usiądziesz tam pod ścianą- powiedziała wskazując dziewczynie palcem pojedynczą ławkę pod ścianą. Nie wiedziałam, że można mieć aż tak wielkiego pecha. Ta baba mogła mi przydzielić każdego, a tu akurat padło na niego.
-A wy usiądziecie tam- rzekła wskazując nam ławkę koło okna.
                Wściekła poszłam zająć wskazane nam miejsce. Usiadłam i z torby wyjęłam potrzebne podręczniki, lecz nie mogłam się skupić, kiedy ten idiota siedział koło mnie. Lecz postanowiłam jednak go ignorować, i porządnie skupić się na zadaniu w zeszycie.
                Zaczęłam analizować zadanie, lecz nie mogłam go rozwiązać. Mocno już zirytowana po raz setny czytałam treść zadania bębniąc przy tym ołówkiem o ławkę.
-Pomóc ci?- usłyszałam znajomy głos.
-Nie, dziękuję- odparłam chłopakowi posyłając mu wymuszony uśmiech.
-Jak chcesz- odparł wzruszając ramionami.
                Czułam się podle. Ktoś proponował mi pomoc które zresztą potrzebowałam a ja ją odrzuciłam z powodu własnej dumy. Zawsze strasznie denerwowało mnie takie zachowanie a teraz sama się tak zachowałam.
-Przepraszam cię- powiedziałam- pomożesz mi?
                Chłopak uśmiechnął się do mnie delikatnie, i zaczął tłumaczy mi zadanie. Muszę przyznać, że dopiero teraz dzięki niemu zaczęłam coś rozumieć. Kiedy skończyłam robić z jego pomocą zadanie od razu zadzwonił dzwonek.
-Jeszcze raz ci dziękuję- powiedziałam do niego wychodząc z sali.
-Nie ma za co- odparł wzruszając ramionami- jaki przedmiot teraz mamy?
-plastykę, na najniższym piętrze.
                Po tych słowach skierowaliśmy się w stronę schodów prowadzących na dół. Lecz ja, przez swoją nieuwagę potknęłam się o jeden z pierwszych stopni i spadając ze schodów, straciłam przytomność.
                                                                                  ***

                Obudził mnie przeraźliwy ból z tyłu głowy. Kiedy otworzyłam oczy, poraziła mnie biel sufitu w pomieszczeniu w którym się znajdowałam.
-jak się czujesz?- Usłyszałam męski głos.
                Odwróciłam się w stronę osoby która wypowiedziała te słowa.
-Dobrze- odparłam
James przekrzywił głowę i zaczął mi się przyglądać.
-Nie boli cię głowa?- zapytał
-Trochę, ale przeżyję.
                Nie zważając na moje protesty chłopak podniósł się z krzesła, po czym wrócił z torbą z lodem i przyłożył mi ją z tyłu głowy.
-Dziękuję- powiedziałam- Jak się tu znalazłam?
-Potknęłaś się, i straciłaś przytomność. Przyniosłem cię tu, do gabinetu pielęgniarki która przed chwilą wyszła by coś załatwić.
                Nie wiedziałam co powiedzieć. Byłam mu naprawdę wdzięczna za to, że się mną zajął.
-Dziękuję ci- powiedziałam i posłałam mu uśmiech- Ile lekcji mnie ominęło?
-Ostatnia właśnie się kończy- odparł- pielęgniarka mi powiedziała, że jak się obudzisz mam odprowadzić cię do domu. Nie boli cię kostka?
                Pokręciłam głową po czym wstałam i nałożyłam na siebie płaszcz.
-Możemy iść- powiedziałam z uśmiechem który James (chyba po raz pierwszy widziałam by szczerze się uśmiechnął!) odwzajemnił i ramię w ramię wyszliśmy z gabinetu pielęgniarki.
                                                                     ***
 -Na pewno dobrze się czujesz?- zapytał się mnie James po raz setny.
-tak, na pewno- odparłam idąc koło niego i podpierając się na jego ramieniu, ponieważ kostka dawała jednak o sobie znać.
                Byliśmy w połowie drogi do mojego domu kiedy przechodziliśmy koło parku. Zaczęła mnie tak boleć kostka, że aż syknęłam z bólu.
-Może usiądziemy na chwilę- zapytał mnie James widząc moją twarz wykrzywioną z bólu i wskazując ławkę, znajdującą się najbliżej nas.
                Pokiwałam głową gdyż kostka zaczęła mnie strasznie boleć.
-A mówiłaś, że cię kostka nie boli- powiedział spokojnie James kiedy usiedliśmy na ławce.
-Dopiero teraz mnie rozbolała- odparłam- ale wytrzymam.
-Dlaczego tak bardzo starasz się ukryć to, jak bardzo cię boli- zapytał chłopak przekrzywiając głowę i lekko ściskając moją rękę.
-Wytrzymam- odparłam usiłując wstać, lecz James mnie wyprzedził i lekko się schylił, bym mogła podeprzeć się na jego ramieniu- Dziękuję ci.
                Zaczęliśmy z powrotem zmierzać do mojego domu. Kiedy stanęliśmy przy furtce James schylił się i delikatnie pocałował mnie w czoło.
-Mam nadzieję, że nic ci nie jest- powiedział do mnie, patrząc mi w oczy.
-Dziękuję, że mi pomogłeś- odparłam przytulając się do niego- To do zobaczenia.
                Po tych słowach zaczęłam zmierzać w stronę drzwi przy których odwróciłam się by pomachać mu na do widzenia a on posłał mi delikatny uśmiech.
                Kiedy weszłam do domu, i zdjęłam płaszcz oraz buty pierwsza podeszła do mnie babcia.
-Czemu nie jesteś w szkole?- zapytała patrząc na mnie spod swoich okularów połówek.
-Skręciłam kostkę, spadając ze schodów, i zostałam wcześnie wypuszczona ze szkoły- odparłam wzruszając ramionami.
-Kim był ten chłopak który cię odprowadził- babcia nie dawała za wygraną.
-To był James, kolego z klasy- odpowiedziałam przewracając oczami- mogę iść na górę?
-Tak możesz, tylko proszę cię, uważaj. Niektóre osoby mogą nie być tymi, za które się podają.
                Po tych słowach które padły z ust babci skierowałam się do schodów i pierwsze co zrobiłam to padłam na łóżko. Cały czas zastanawiałam się nad słowami babci. ,,Niektóre osoby mogą nie być tymi, za które się podają” te słowa cały czas szumiały mi w uszach. Jednak nie miałam czasu by się nad nimi głębiej zastanowić, bo kilka minut później zasnęłam.
                                                                                 ***
-Rose, obudź się- to były pierwsze słowa, które usłyszałam tego dnia. Otworzyłam oczy i ujrzałam Marę pochylającą się nade mną.
-No cześć rudzielcu- odparłam przecierając oczy- Wczoraj był piękny, pierwszy dzień w szkole co nie? Szczególnie dla mnie.
-Ale za to dziś nie idziesz do szkoły- odparła- Miałam cię obudzić, by cię powiadomić o tym, że będziesz dziś sama w domu ponieważ babcia wyjeżdża i wróci wieczorem, a rodzice do pracy, i też wrócą w godzinach wieczornych. A ja po szkole mam dodatkowe zajęcia z gry na gitarze, ale jak chcesz to zrezygnuję.
                Powiedziałam jej, by na nie poszła. Nie chciałam odbierać jej przyjemności, przez moją kostkę. Nie byłam przecież egoistką.
                Pół godziny później, moja kuzynka poszła do szkoły a ja zostałam sama. Położyłam się więc na łóżku, nałożyłam na uszy słuchawki i zaczęłam słuchać muzyki. Na pierwszy ogień poszło ,,Bleeding Love” Leony Lewis.
                Wsłuchałam się w piosenkę i zamknęłam oczy. Nie wiem ile tak leżałam, i wciskałam replay za każdym razem gdy piosenka się kończyła. Mogłabym tak leżeć w nieskończoność. Jednak w pewnym momencie w MP3 zabrakło baterii.
                Westchnęłam i poszłam wziąć ubranie z szafy by doprowadzić się do porządku. Wzięłam pierwsze lepsze ciuchy z brzegu i lekko kulejąc skierowałam się do łazienki.
                Kiedy byłam już ubrana zeszłam na dół do kuchni i zaczęłam robić sobie herbatę. Kiedy była gotowa powoli sączyłam napój wpatrując się w zegarek. Mara skończyła już lekcje i pewnie teraz zmierzała na lekcję gry na gitarze.
                Położyłam się z herbatą w ręku na kanapie i wzięłam jakieś pierwsze lepsze czasopismo. Zaczęłam czytać, lecz kiedy doszłam do drugiej strony zadzwonił dzwonek.
                Poderwałam się z tapczanu i podeszłam do okna, by sprawdzić kto przyszedł. Kiedy zobaczyłam znajomego mi chłopaka mimowolnie się uśmiechnęłam. Wzięłam więc klucze i lekko kulejąc wyszłam na dwór by mu otworzyć drzwi.
-Jak się czujesz?- Były to pierwsze słowa które od niego dziś usłyszałam.
-Dobrze, dziękuję- odparłam i gestem ręki zaprosiłam go do środka.
                Poszliśmy do kuchni.
-chcesz się czegoś napić?- zapytałam go, ale chłopak pokręcił głową.
                Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Nie wiedziałam jak zacząć rozmowę.
-fajna bluzka- powiedział James z drwiącym uśmiechem na ustach.
                Przez chwilę cieszyłam się, że to on zaczął rozmowę. Jednak po chwili dotarł do mnie sens tych słów i myślałam, że spalę się ze wstydu.
                dopiero teraz zobaczyłam, jak się ubrałam. Miałam na sobie zielone spodnie od dresu oraz różową bluzkę z uśmiechniętym grejpfrutem.
-dziękuję- odparłam czym trochę zbiłam go z tropu.
-Nie ma za co- odparł- Do twarzy ci z pomarańczą na bluzce.
-To jest grejpfrut bystrzaku. Widziałeś kiedyś pomarańczową pomarańczę?
                W tym momencie James parsknął śmiechem. Przez chwilę nie wiedziałam z czego się tak śmieje, lecz po chwili dotarło do mnie to, co przed chwilą powiedziałam. W rezultacie walnęłam się ręką w czoło.
-Nie no, mądra to ja jestem- powiedziałam do siebie ledwo powstrzymując śmiech.
                lecz po chwili nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać razem z nim. Kiedy w końcu skończyliśmy pierwszy odezwał się James:
-Może cię tym zaskoczę, ale uwierz mi, że widziałem.
                Po tych słowach zrobił krok w moją stronę tak, że dzieliło nas teraz kilka centymetrów. Zadarłam głowę do góry i spojrzałam w mu o w oczy. Staliśmy tak z minutę.
                W pewnym momencie James położył mi rękę na ramieniu i lekko zbliżył twarz do mojej. Teraz dzieliły nas tylko minimetry. Lecz to ja pierwsza się ocknęłam i zrobiłam krok do tyłu.
-Przepraszam- powiedział James- Ja naprawdę nie chciałem…
-Nie masz za co przepraszać- przerwałam mu- po prostu zapomnijmy.
                Po tych słowach posłałam mu delikatny uśmiech, który on odwzajemnił. ,,Może nie jest aż takim idiotą za jakiego go uważałam” pomyślałam.
-O czym myślisz?- usłyszałam głos Jamsa.
-Że chyba nie jesteś aż takim strasznym idiotą- odparłam wzruszając ramionami w ,,Jamsowy”  sposób.
-To się cieszę- odparł całując mnie delikatnie w czoło- Wiesz, ja chyba będę już iść. To do jutra.
                Po tych słowach odprowadziłam go do furtki i pomachałam mu na pożegnanie. Jedyny kłopot polegał na tym, że przez cały dzisiejszy dzień myślałam o nim cały czas.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Internet jest, ale nie chodzi w ekspresowym tempie. No ale i tak dobrze, że w ogóle jest.
Rozdział pisałam dwa dni. <3
I (Nie wierzę, że to mówię!) jest to jeden z tych nielicznych, rzadkich, prawie wymarłych rozdziałów które mi się nawet podobają.
Mam nadzieję, że wam się spodoba :)

piątek, 25 stycznia 2013

Dopiero (chyba) po feriach...

Hejka!!
Jutro wyjeżdżam na ferie, i nie wiem, czy w hotelu będzie internet.
Są dwie opcje:

1) Jeśli w hotelu będzie internet, to będę dalej regularnie dodawała rozdziały. Będę miała dość duzo wolnego czasu, więc będę pisać jak zwykle najpierw w wordzie, a potem publikować.

2) Jeśli w hotelu nie będzie neta, to przez 2 tygodnie nie będzie rozdziałów, ale będę pisała w wordzie, i jak wrócę to od razu dodam 2-3 rozdziały.

Ale jednak mam nadzieję, że będzie internet.
Komu sie też dopiero zaczynają ferie?