wtorek, 19 marca 2013

Rozdział 13





                Siedziałam na łóżku opierając brodę na kolanach. Na uszach miałam słuchawki w których leciała cicho Adele. Zastanawiałam się, czemu prawie wszystkie jej piosenki muszą być o nieszczęśliwej miłości. Niekoniecznie poprawiało mi to humor, ale jednak pocieszająca byłą myśl, że ktoś ma chociaż problemy zbliżone do moich. Zaczęłam pogrążać się we wspomnieniach jakie to moje życie było proste zaledwie cztery miesiące temu. Wtedy do moich największych problemów należał dylemat typu ,,Co kupić przyjaciółce na urodziny?”. A teraz głowiłam się jak ukryć przed przyjaciółkami, że nic mnie nie łączy z Jamesem. Zresztą nie tylko przed nimi.
                Poczułam jak po moim policzku spływa łza. Mocno zacisnęłam oczy i przycisnęłam palce do skroni próbując wepchnąć negatywne myśli w najgłębszą część mojego umysłu. Kilka razu udało mi się na chwilę o nich zapomnieć. Lecz zwykle powracały w najmniej odpowiednim momencie. Chwilami czułam, jakby całe moje życie miało się zawalić. Zwykle w takich chwilach moją jedyną podporą były przyjaciółki. Zawsze mogłam im się zwierzyć i o wszystkim opowiedzieć. Lecz teraz było to wręcz niemożliwe. Czułam, że jeszcze chwila a stracę i je.
                Spojrzałam na zegarek który wskazywał godzinę 22:00. Poczułam jak burczy mi w brzuchu. To pewnie dlatego, że od kilku godzin nic nie jadłam. Po cichu wyszłam z pokoju by nie obudzić Mary, która od pół godziny już spała. Kiedy zeszłam do kuchni nikogo tam nie zastałam. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam pierwszy jogurt z brzegu. Wypiłam cały w kilku łykach i podeszłam do kalendarza by sprawdzić datę. Za trzy dni walentynki.
-NO to będzie ciekawie- mruknęłam mało entuzjastycznie.
                Nie byłam zwolenniczką tego święta. Nie wiedziałam, czemu wszyscy tak podniecają się tym świętem. Chcąc nie chcąc poszłam na górę do swojego pokoju. Miałam zamiar wcześniej położyć się spać, bo jutro poniedziałek. Poszłam na górę, przebrałam się w piżamę i położyłam. PO chwili zasnęłam.
                                                                                    ***
                 W związku z nadchodzącymi walentynkami w szkole zapanowała dziwna atmosfera. Dziewczyny nie potrafiły mówić o niczym innym jak o tym, jak mają zamiar spędzić to święta. Tablice ogłoszeniowe w szkole nie zawierały prawie żadnych innych informacji niż o zbliżających się walentynkach. Zaczęło mnie to mocno irytować.
                Z Jamesem mogłam porozmawiać już tylko na lekcjach matematyki. Jednak termin ,,rozmowa’’ był tu mocno naciągnięty ponieważ co najwyżej pisaliśmy na kartce by nauczycielka nie zwracała nam uwagi i by Mara niczego nie podejrzewała. Teraz moje życie prawie w całości opierało się właśnie na tym. Nie muszę chyba mówić jak jest mi trudno.  A do tego wszystkiego Mara już kilku krotnie próbowała przekonać mnie bym poprosiła nauczycielkę o przesadzenie. A ja za każdym razem tłumaczyłam jej, że na matematyce mi raczej nic nie grozi.
-Lea, co sądzisz o tych całych walentynkach?- zapytałam stojąc z Leą na korytarzu.
-Sądzę, że ludzie robią z tego zbyt wielkie halo- powiedziała- Ja osobiście nie przepadam za tym świętem.
                Przytaknęłam jej. Miałam zamiar wyrazić swoje zdanie lecz poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwróciłam głowę niby od niechcenia i ujrzałam Jamesa opierając się nonszalancko o ścianę i lekko, prawie niewidocznie ruszając głową jakby chciał bym do niego podeszła.
-Poczekaj, muszę iść do łazienki- wymyśliłam po prostu wymówkę tysiąclecia.
                I nie czekając na odpowiedź poszłam w stronę Jamesa omijając go obojętnie i skręcając w boczny korytarz. Miałam nadzieję, że wie o co mi chodziło. Chwilę później doszedł do mnie.
-Nadal chcesz znaleźć kamień?- zapytał wsadzając ręce do kieszeni i patrząc na mnie pytająco.
-Oczywiście, że chce- powiedziałam- Po to tłumaczyłam ten tekst, błagałam cię byś mi pomógł by teraz się wycofać? Jeśli tak myślisz, to jesteś w błędzie.
-Tak myślałem- wetchnął- pomogę ci.
-Dziękuję- pocałowałam go w policzek-Kiedy zaczynamy?
-Aż tak ci śpieszno- uśmiechnął się pod nosem- Poszukałem kilku informacji, mogą się przydać.
                James podał mi zapisaną kartkę. Kiedy wszystko odczytałam.
-W Arizonie?- zapytałam unosząc brew- W wielkim kanionie?
-Dokładnie w jaskini w wielkim kanionie- uśmiechnął się drwiąco pod nosem, co strasznie mnie zirytowało.
-Nawet jeśli to i tak mam zamiar go odnaleźć- powiedziałam a ten głupkowaty uśmiech zlazł mu z twarzy- A poza tym, te twoje informacje mogą okazać się błędne.
-NA pewno są prawdziwe- I znowu ten irytujący uśmiech- Spójrz.
                Tym razem podetknął mi pod nos karteczkę z tekstem który przetłumaczyłam z książki. Przeczytałam wszystko kilka razy, lecz nie znalazłam w tym nic dziwnego.
-Co to ma do rzeczy?- zapytałam.
-Przeczytaj pierwszą literę z każdego wersu.
                Rzeczywiście. Litery utworzyły słowa ,,Kanion”, ,,Arizona” oraz  ,,Jaskinia”. Spojrzałam na Jamesa który uśmiechał się triumfująco pod nosem.
-A rozpracowałeś geniuszu o jaką jaskinię chodzi- Przewróciłam oczami- Bo to akurat by się nam przydało.
-Domyślam się, że o jak największą, i jak najmniej zbadaną- powiedział z uśmiechem.
                Uśmiechnęłam się pod nosem. Myślałam, że to ja zawsze idę po najmniejszej linii oporu.
-Jak do tego doszedłeś?- zapytałam ze śmiechem.
-Minęło trochę czasu- zaśmiał się mierzwiąc mi włosy.
-Muszę już iść, bo Lea zacznie coś podejrzewać- pocałowałam go w policzek i oddaliłam się w stronę przyjaciółki.
                Rozmowa się nie kleiła. Trochę porozmawiałyśmy o walentynkach i poobgadywałyśmy nauczycieli. Lecz widać po nas było, że nie mamy ochoty na kontynuowanie rozmowy z nieznanych powodów. Moje myśli cały czas krążyły wokół kamienia oraz tego co się wydarzy w ciągu najbliższych dni.
                Dwie ostatnie lekcje minęły w miarę spokojnie. Do domu wracałam sama bo Lea i Kelsey miały zajęcia dodatkowe, a Mara na mieście kurs gry na gitarze. Kiedy pożegnałam się z Marą przy szkole i straciłam ją z oczu za rogiem, poczułam jak ktoś obejmuje mnie ramieniem.
-Ciekawe skąd wiem, że to ty- powiedziałam z uśmiechem i odwróciłam się stronę Jamesa.
                James nie odpowiedział tylko uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.
-Co ty na to, abyśmy poszli do jakiejś kawiarni?- zapytał.
-Mara by się zdziwiła gdyby wróciła i zobaczyła, że mnie nie ma- westchnęłam- lawina pytań byłaby nieunikniona.
-To może poszłabyś ze mną jak wróci?- Nie dał za wygraną- Wymyśliłabyś coś przecież.
-OK, zgadzam się- powiedziałam- Ale wiedz, że robię to tylko dlatego bo wiem, że nie dasz teraz spokoju.
-I dobrze myślisz- powiedział z uśmiechem.
                Roześmiałam się. James naprawdę wiedział jak poprawić mi humor. Było to dla mnie miłą odmianą, bo przecież mój humor w ciągu poprzednich dni był wręcz okropny, delikatnie mówiąc.
-Zadzwonię do ciebie- powiedział kiedy staliśmy przed moim domem.
                Pożegnałam się z nim i weszłam do domu. Pierwsze co zrobiłam do poszłam do pokoju i z szuflady z biurka wyciągnęłam mój pamiętnik. Od kilku miesięcy nic w nim nie pisałam. Teraz, czekając na Marę spróbowałam wszystko streścić. Opisanie wszystkiego co się wydarzyło, zajęło mi z trzy godziny, ponieważ skończyłam kiedy Mara weszła do pokoju.
-Co piszesz?- zapytała z uśmiechem siadając u siebie na łóżku.
-Pamiętnik- powiedziałam odwracając się w jej stronę- Trochę go zaniedbałam.
                Wstałam od biurka zostawiając otwarty pamiętnik na wierzchu.
-Jak było?- zapytałam- Mam nadzieję, że kiedyś nauczysz mnie grać, bo przy tobie wypadam na totalne beztalencie.
-Skąd dziś ten dobry humor?- zapytała a jej uśmiech coraz bardziej się poszerzał.
-Sama nie wiem- powiedziałam i w tym momencie zadzwonił mój telefon- Poczekaj, muszę odebrać.
                Wyszłam na korytarz, by móc w spokoju porozmawiać. Tak jak myślałam, dzwonił James. Umówiłam się z nim za piętnaście minut przed bramą parku.
-Mara, muszę wyjść- powiedziałam.
-Jasne, poczekam- powiedziała z uśmiechem- Gdziekolwiek idziesz baw się dobrze.
                Tu tknęło mnie wielkie poczucie sumienia. Mara była dla mnie taka dobra, chodź wiedziała, że mam przednią sekrety.
-Dziękuję- powiedziałam- Niedługo wrócę.
PO tych słowach wyszłam z pokoju. Szybko ubrałam kurtkę i wyszłam na zewnątrz. Całe szczęście świeciło słońce i nie było mrozu.
                Szłam z pięć minut. Kiedy doszłam na miejsce James już stał obok bramy. Kiedy szłam w jego stronę uśmiech od razu pojawił mi się na twarzy. Musiałam uważać, by nie wybuchnąć śmiechem. Jakieś dziesięć metrów za Jamesem stała trzy-osobowa grupka dziewczyn które szeptały między sobą i patrzyły się na blondyna. Kiedy do niego podeszłam i się przytuliłam miny im zrzedły.
-To gdzie idziemy?- zapytałam zaciekawiona.
-Niespodzianka- odparł i mrugnął do mnie.
-Mam zacząć się bać- zapytałam ze śmiechem.
-Niekoniecznie- zaśmiał się- Skąd dziś u ciebie taki dobry humor? Prawie cię nie poznaję.
                Wzruszyłam ramionami i pocałowałam go w policzek.
-Teraz zupełnie cię nie poznaje- zaśmiał się- Jeszcze wczoraj byłaś strasznie przygnębiona a teraz tryskasz optymizmem.  To chodź, idziemy.
James objął mnie ramieniem, a ja niby od niechcenia spojrzałam się do tyłu. Tamta grupka dziewczyn wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakać. Kiedy odwróciłam się powrotem, James również spojrzał do tyłu by zobaczyć na co się patrzyłam.
-Zazdrosna?- zapytał i wyszczerzył zęby w tym swoim głupim uśmiechu.
-A żebyś wiedział- zaśmiałam się.
-Kim jesteś i co zrobiłaś z Rose?
-Mój dobry humor ci nie pasuje?- zapytałam z uśmiechem.
-Po prostu zachowujesz się tak, jakbyś nie była sobą. Ale pasuje mi to.
                Później szliśmy w milczeniu. W końcu doszliśmy do niewielkiej pizzerii.
-To tutaj?- zapytałam.
-Tak- odparł otwierając przede mną drzwi.
 Restauracja byłą przytulnie urządzona. Stało tutaj około pięć niskich stolików.  Nie było krzeseł, tylko kolorowe pufy.  Podłoga jak i ściany były z ciemnego drewna. Jedyne źródła światłą to były lampki ustawione na stolikach, oraz wpadające przez jedno wielkie okno. Nie było dużo osób. NA podłodze leżał wielki czerwony dywan w złote wzory. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające głównie martwą naturę. Mi przypadł do gustu obraz przedstawiający półmisek z winogronami. Spodobał mi się również z rudowłosą dziewczynką głaszczącą kota. Było w tym obrazie coś, co mnie zaintrygowało. Może łzy spływające po twarzy dziewczynki, w czym przypominała mi mnie.
                James zaprowadził mnie do stoliku przy oknie. Dopiero teraz poczułam jak intensywnie pachnie tu pizzą. Zawsze lubiłam jej zapach. Nie wiedziałam czemu. James wziął ode mnie kurtkę, i powiesił na wieszaku.
-Co zamawiasz?- zapytał.
Razem wzięliśmy dużą margarittę (Od autorki: Przepraszam, ale nie wiem jak to się pisze ;() na spółkę. Nie trzeba było długo na nią czekać. Po dziesięciu minutach kelnerka nam ją przyniosła.
-Smacznego- powiedziałam z uśmiechem.
                Jedząc rozmawialiśmy na wiele różnych tematów. Począwszy od szkoły do ulubionej potrawy. James opowiedział mi również wiele o sobie. Na początku się zdziwiłam. Do Jamesa nie było podobne by ujawniać wiele informacji na swój temat. Jednak nic nie powiedziałam i przysłuchiwałam się mu.
                Kiedy skończyliśmy jeść James odprowadził mnie pod dom.
-Do jutra- powiedział i delikatnie mnie pocałował.
-Do jutra- odparłam z uśmiechem i w dobrym humorze weszłam do domu.
Przekraczając próg nie usłyszałam głosu żadnego z domowników. Przypomniałam sobie, że rodzice jak i babcia są przecież w pracy. Zastanawiało mnie tylko to, gdzie jest Mara. Chwilę stałam w holu i nasłuchiwałam, lecz nie doszły do mnie żadne odgłosy.
                Nie zważając na to poszłam na górę. Kiedy weszłam do swojego pokoju, zobaczyłam Marę klęczącą na podłodze. Nad… Moim pamiętnikiem. Od razu przypomniałam sobie, że zostawiłam go na wierzchu.
-Musiałam- powiedziała cicho patrząc na mnie oczami pełnymi łez- Jak mogłaś?

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Jest kolejny rozdział!!! ^-^
Miałam dodać ten rozdział pięć dni temu, ale odcięło mnie od neta którego na laptopie nadal nie mam, więc rozdział przeniosłam na komputer stacjonarny. Jestem poszkodowana xD
No ale wracając do rozdziału. Ogólnie nie zaliczam go do najlepszych. Gdy go pisałam, wena kompletnie mnie opuściła. NO ale mam nadzieję, że sie spodoba :)
Zapraszam do czytania i komentowania :D

P.S Dałabym podkład, ale na komputerze stacjonarnym ,,brakuje wtyczek" i nie mogę oglądać filmów na youtubie. A dziś rano jeszcze mogłam...




piątek, 8 marca 2013

Rozdział 12

PODKŁAD


-Oj przepraszam!- wykrzyknęłam i zaczęłam zbierać wszystkie rzeczy.
-Rose?-Usłyszałam i podniosłam głowę.
-Kelsey?-  zapytałam zdziwiona- Co ty tu robisz?
-O to samo mogłabym zapytać ciebie- powiedziała przyglądając mi się uważnie- A to co?
                Spojrzałam w stronę w która powędrował wzrok czarnowłosej, lecz kiedy już miałam to zgarnąć było za późno. Chwilę później w dłoniach Kelsey znalazła się mosiężna księga. Dziewczyna zmarszczyła nos i kiedy już miała zacząć przewracać kartki delikatnie chwyciłam jej rękę.
-To nic takiego- odparłam- książka pożyczona od… od sąsiadki!- Wykrzyknęłam mocno speszona delikatnie biorąc książkę od przyjaciółki.
Sądząc po jej minie była mocno zdezorientowana. Zmarszczyła brwi i nos i zaczęła lustrować mnie wzrokiem. W duchu modliłam się, by nie zaczęła zadawać więcej pytań. Jednak czarnowłosa ku mojemu zdziwieniu po prostu się uśmiechnęła.
-Skoro tak to nie mam więcej pytań- zaśmiała się- Lecz pamiętaj, jakby coś się stało, to zawsze możesz mi powiedzieć, jasne?
                Energicznie pokiwałam głową i odwróciłam się na pięcie. Zaczęłam zmierzać w kierunku domu. Wiatr wiał mi prosto w twarz, a włosy latały na wszystkie strony. Nie przejmowałam się tym. Moje myśli krążyły właśnie wokół tego jak postępuje z przyjaciółkami. Czy to na tym polega przyjaźń? By mieć przed sobą wiele sekretów które zakrywa się banalnymi kłamstwami? Nie, na pewno nie. Lecz ja właśnie tak postępowałam. Jak widać nie znałam nawet definicji przyjaźni.
                Kiedy otwierałam drzwi domu, poczułam jak po mojej twarzy spływa łza i wszystko powoli staje się niewyraźne. Usłyszałam rozmowę rodziców w salonie więc od razu poszłam do swojego pokoju nie chcąc by ktoś widział moje łzy. O dziwo nie zastałam tu Mary. Położyłam się na łóżku i schowałam twarz w poduszce pozwalając lecieć łzą. Mijały minuty a ja leżałam na łóżku wypłakując się. Nie obchodziło mnie to, że poduszkę będę mieć całą w tuszu do rzęs. Teraz obchodziło mnie teraz to, by dać upust emocją które się we mnie kotłowały. Jak widać byłam złą przyjaciółką. Wręcz okropną. Mara, Lea ani Kelsey nigdy by mnie nie okłamały. A ja… Szkoda gadać.
                Nagle usłyszałam delikatne skrzypienie drzwi. Odwróciłam się i zobaczyłam Marę przyglądającą mi się z zatroskaną miną. Nim zdążyłam posłać jej słaby uśmiech ruda już znalazła się koło mnie i przyjacielskim gestem obejmowała mnie ramieniem.
-Rose, co się dzieje?- zapytała- Powiedz co ci leży na sercu.
-To nic takiego- odparłam raczej nie do końca przekonując przyjaciółkę bo zaraz odparła:
-Przecież widzę, że coś się dzieje- odparła- Widzę, jak za dnia starasz się zgrywać twardą i udajesz, że nic się nie dzieje. A w nocy słyszę twój cichy szloch. Nie chcę żebyś cierpiała. Ty zawsze byłaś dla mnie podporą. I teraz ja chcę być nią dla ciebie, ale musisz mi powiedzieć co się dzieje.
-Ja… nie mogę- cicho wyszeptałam- Chciałabym ci powiedzieć, ale to nie zależy tylko ode mnie. Dowiesz się prędzej czy później, obiecuję ci to. Nie wiem czy to będzie jutro, za tydzień czy miesiąc. Ale prędzej czy później wszystko ci opowiem. A jak na razie nie przejmuj się mną. Wiem, że jestem okropną przyjaciółką mając przed tobą sekrety, ale to jak na razie konieczne- spuściłam głowę a z oczy poleciało mi jeszcze więcej łez.
-Skoro tak chcesz- powiedziała przytulając mnie a mi zrobiło się odrobinę lżej na sercu- Pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na mnie i pozostałe dziewczyny. Od tego są przyjaciółki, co nie?
                Pokiwałam głową posyłając jej uśmiech. Mara naprawdę była wspaniałą przyjaciółką. Ktoś taki jak ona to naprawdę skarb. Gdybym tylko ja potrafiła odwdzięczyć jej się tym samym…
                Zapadł wieczór. Mara położyła się wcześniej, a ja leżałam na łóżku czytając książkę. Kiedy upewniłam się, że przyjaciółka naprawdę zasnęła wyciągnęłam z torby książkę i usiadłam przy biurku. Otworzyłam na stronie z tajemniczym kamieniem w którą James włożył zakładkę i zaczęłam wszystko tłumaczyć krok po kroku i zapisywać na kartce. Powoli zaczęły się z mojego tłumaczenia wyjawiać zdania, które trudno było zrozumieć bo nie były pisane wprost. Czyli coś, czego ja nie nawiedziłam. I tak minęło mi kilka dobrych godzin. Kiedy całość byłą przetłumaczona, zobaczyłam jeszcze niewielkie pismo w prawym dolnym rogu na stronie z tajemniczym alfabetem.
                Zabrałam się do tłumaczenia i postanowiłam zapisać to na kartce. Kiedy wykonywałam tą czynność zauważyłam cos dziwnego. Kiedy skończyłam tłumaczyć jeden fragment, zastępowały go inne litery. Wkrótce nabrałam wprawy i udało mi się całkiem nieźle zapamiętać alfabet. Nie musiałam co chwilkę zerkać do góry by zobaczyć jaka litera odpowiada jakiej, więc szło mi to o wiele sprawniej. Wkrótce przepisałam cały. O dziwo nie był on pisany w ,,poetycki” sposób więc wszystko od razu zrozumiałam. Rozszyfrowałam następujący tekst:

,,Jeśli możesz rozczytać tą stronę, oznacza to, że spoczywa na tobie pewien dar który objawi się podczas twojej wędrówki która została ci przepowiedziana. Ciąży na tobie pewien obowiązek, który musisz wypełnić. Wiem, że to wszystko wyda ci się śmieszne, lecz strzeż się.
                                                                                                                             K. Patomski”


                Wszystko wydawało mi się jednym wielkim żartem. Po co ktoś miałby przepowiadać moją przyszłość i jak? Chodź w ciągu ostatnich miesięcy przekonałam się, że wszystko jest możliwe. Przeczytałam jeszcze tekst kilka razy i w końcu w najbliższą niedziele postanowiłam zajrzeć do biblioteki w klanie i poczytać o  niejakim Patomskim. Wydawało mi się, że coś tam o nim na pewno znajdę. Nie byłam tylko pewna czego się spodziewać. Spojrzałam na kartkę na której zapisałam tekst ze strony z kamieniem. Prawie nic z tego nie rozumiałam, oprócz tego, że była tam zapisana jakaś historia.
                Spędziłam godzinę, próbując cokolwiek z tego zrozumieć. W końcu, po wielu próbach udało mi się coś z tego wyciągnąć. Dowiedziałam się, że powodem podzielenia się czarodziei w XIX wieku był właśnie ten kamień. Miał on nieograniczoną moc. Wybuchły kłótnie o to kto jest w jego posiadaniu. W końcu przywódcy obu współczesnych klanów zaczęli się nawzajem o to oskarżać. Następnie czarodzieje wybrali tego komu wierzą i w ten sposób powstały dwa osobne klany. Obecne położenie kamienia nie jest znane.
                ,,Świetnie”- pomyślałam- ,,Więc to przez ciebie teraz te wszystkie kłopoty?”
Te wszystkie zadręczenia, czemu moje życie musi być takie trudne przez te dwa klany zawdzięczam jakiemuś głupiemu kamieniu. Nagle w mojej głowie zrodził się pomysł. Gdyby udało mi się go odzyskać, mogłabym w jakiś sposób połączyć oba klany i wszystko stałoby się prostsze. Nie trzeba byłoby żyć w strachu, że za chwilę ktoś cię zabije jeśli nie nauczysz się potrzebnych zaklęć, nie musiałabym udawać, że nie jestem z Jamesem i wszystko stałoby się prostsze. Jednak z tego co wynikało dalej w tekście o wszystkich pułapkach i długiej drodze wydawało mi się próbą samobójczą.
                 W tym momencie przypomniałam sobie tekst skierowany do mnie i ten fragment o wędrówce i obowiązku. A jeśli chodzi o to, że mam znaleźć kamień? Wszystko wydawało mi się strasznie pokręcone, lecz powoli, stopniowo nabierało sensu. Moje myśli cały czas kłębiły się wokoło myśli o odnalezieniu kamienia. Postanowiłam nazajutrz porozmawiać o tym z Jamesem.
                                                                                   ***
                Siedziałam z na ławce pod drzewem w parku. Czekałam godzinę na Marę, która zapisała się na koło plastyczne. Nagle dosiadł się do mnie James na powitanie całując mnie w czoło po uprzednim sprawdzeniu czy nikt nas nie obserwuje.
-O czym chciałaś ze mną porozmawiać?- zapytał.
W szkole powiedziałam mu by spotkał się ze mną w parku, bo muszę z nim o czymś porozmawiać. Teraz wszystko mu opowiadałam zaczynając od kamienia a kończąc na dziwnej wiadomości i pomyśle o odzyskaniu kamienia. James chwilę się zastanowił po czym powiedział:
-Szczerze mówiąc nie wydaje mi się by był to dobry pomysł. Jesteś pewna, że o to chodzi?
-Na pewno- powiedziałam z powagą- Bo przecież o co innego? Tam jest napisane według mnie o tym dość wyraźnie. Chciałabym żebyś mi pomógł.
-Zobaczymy- uśmiechnął się i delikatnie pocałował mnie w czoło- Muszę już iść.
                PO tych słowach odszedł zostawiając mnie ze swoimi myślami których kłębiło się coraz więcej. Czułam się jakbym była zamknięta w klatce, której pręty stanowią myśli. Nie mogłam się od nich uwolnić, ale zawsze pozostawało jedno, chodź niewielkie wyjście. Coraz bardziej dochodziłam do wniosku, że tym wyjściem jest właśnie znalezienie kryształu. Tylko jak tego dokonać?
                Moje rozważania przerwała Mara która podbiegła do mnie obwieszczając, że możemy wracać do domu. Tym razem nie czekałyśmy na Leę i Kelsey ponieważ one poszły na zakupy. Do domu z moją przyjaciółką doszłam w milczeniu. Miałam wrażenie, że Mara zamieniła się w tykającą bombę która wybuchnie lada chwila zasypując mnie gradem pytań na które chciałam odpowiedzieć lecz nie mogłam. Poczułam jak oczy robią mi się mokre. Lecz nie mogłam pozwolić sobie na płacz. NIE tym razem.
                                                                                     ***
                Szłam z babcią i przyjaciółkami kamiennymi schodkami na co niedzielne spotkanie klanu. Kiedy stanęłyśmy w wejściu podszedł do nas gruby, niski i łysiejący facecik i poprosił bym ja Lea, Mara i Kelsey zostały chwilę dłużej. Niepewnie pokiwałyśmy głowami i skierowałyśmy się do Sali w której ćwiczyłyśmy.
                Na tej lekcji ćwiczyłyśmy do perfekcji poznane ostatnio zaklęcia. Obyło się bez przeszkód nie licząc tego, że za pierwszą próbą odczytania ukrytego tekstu Kelsey sprawiła, że ten znikł cały i przez pół godziny starała się to odwrócić.
                Kiedy lekcja dobiegła końca zostałam z przyjaciółkami tak jak nas proszono chwilę dłużej. Kiedy weszłyśmy do Sali była też tam babcia, lecz Malevolent gestem ręki kazał jej wyjść i poczekać na zewnątrz. Kiedy zostałyśmy same przemówił:
-Zapewne zastanawiacie się, czemu kazałem wam zostać dłużej, prawda?- zapytał- Chciałem was przed kimś przestrzec, przed pewną niewłaściwą osobą w waszej szkole, która może stanowić dla was pewne zagrożenie.
-Co to oznacza?- Zapytała zimno Kelsey obrzucając mężczyznę chłodnym spojrzeniem.
-Taka odważna i śmiała- powiedział Malevolent z chytrym uśmiechem- Szkoda tylko, że wszystko skończy się dla niej tak niefortunnie. A przeznaczenia nie da się oszukać, prawda?
-Nie chcę wiedzieć co mnie czeka, i jak na tą chwilę mnie to nie interesuje- wycedziła Kelsey- Nie udzielił mi pan odpowiedzi na moje pytanie.
                W tym momencie zaczęłam panikować. Jeśli mężczyzna ma na myśli to co mi się wydaje, to sytuacja była wprost masakryczna. W duchu modliłam się by moje obawy okazały się mylne.
-Myślę, że część już z was wie, co mam na myśli- czyżby zwracał się do… mnie?- W waszej szkole jest pewien chłopak z innego klanu. A mianowicie James Dauglas.
                Ok, jednak sytuacja jest tak okropna jak myślałam.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za to, że rozdział taki krótki mimo, że ten miał być dłuższy, oraz za prawie dwa tygodnie przerwy. PO prostu nie miałam weny lecz w końcu się ogarnęłam i zmusiłam do napisania. Rozdział mi się nie podoba ponieważ mam wrażenie, że wszystko strasznie poplątałam. NO ale cóż... Mam nadzieję, że był znośny i proszę o zostawienie komentarza. <3

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 11

PODKŁAD


-Że co?- zapytałam przyjaciółki ze zdenerwowaniem.
-NO przecież przedemną tego nie ukryjesz- powiedziała ze śmiechem (No teraz to mnie zamurowało)- pewnie zawaliłaś jakiś sprawdzian, i boisz się powiedzieć o tym rodzicom.
-Co? Nie! To znaczy tak, oczywiście, że tak!- Miałam wrażenie, że brzmię mało przekonująco.
                Mara miała cos odpowiedzieć, lecz na salę weszła jedna z pielęgniarek i powiedziała, że muszę już iść.
-No to zobaczymy się wieczorem, cześć!- Powiedziałam z uśmiechem do przyjaciółki i wyszłam przed szpital i zamówiłam taksówkę. Mój transport przyjechał piętnaście minut później. Wsiadłam do auta i kilkanaście minut później byłam w domu.
                Kiedy przekroczyłam próg domu pierwsze co zrobiłam to poszłam na górę i wyciągnęłam się na łóżku.
-Mało brakowało- mruknęłam i padłam na twarz. Po chwili zasnęłam.

                                                                               ***
                                                                   Perspektywa Jamesa

                Stałem w parku czekając na Niego. Trzymając w kieszeni obracałem się nerwowo rozglądając na boki.
-Nareszcie jesteś- usłyszałem męski głos za moimi plecami- Masz informacje których potrzebuję?
-Tak- odparłem, lecz zanim sięgnął po kartkę z informacjami dodałem- Dam ci ją, ale muszę mieć pewność, że dziewczynie nic się nie stanie.
                Mężczyzna spojrzał na mnie mrużąc groźnie oczy. Jednak ja zignorowałem to obrzucając go chłodnym spojrzeniem.
-Czyżby nagle zaczęło ci na niej zależeć?- Zapytał mnie rozzłoszczonym i jadowitym głosem.
-Nazwij to sobie jak chcesz- powiedziałem zimno- A teraz pozwolisz, że sobie pójdę skoro dałem ci to co chciałeś.
                Odwróciłem się i odszedłem zostawiając osłupionego mężczyznę za sobą. Zaciskałem zęby z gniewu. Skręciłem w boczną uliczkę, prowadzącą do mojego domu. Pół godziny później byłem na miejscu. Ze złością otworzyłem drzwi i od razu poszedłem do mojego i tam zatrzaskując za sobą drzwi. Oparłem się plecami o ścianę i schowałem twarz w dłoniach.
-W co ty się wpakowałeś James- powiedziałem do siebie.
                Chwile później coś przykuło moją uwagę. W biblioteczce koło okna zauważyłem pewną książkę, którą nie pamiętam abym posiadał. Podszedłem i wziąłem ją do ręki. Była niezwykle ciężka i zakurzona. Ilość stron była zbliżona do ich ilości w słowniku ortograficznym. Na jej ciemnobrązowej okładce, porozmieszczane były ciemnozłote symbole. Zmarszczyłem brwi i zacząłem kartkować księgę. Była zapisana w dziwnym języku, zresztą jak wszystkie książki w miejscu spotkać klanu gwiazdy (Ten termin wbiła mi do głowy Rose). Przewracając kartki starając się co kolwiek zrozumieć. Zatrzymałem się na jednej z ostatnich stron. W lewym górnym rogu przypięte było zdjęcie purpurowego kamienia. Wydawało mi się, że gdzieś go już kiedyś widziałem. Włożyłem pomiędzy te stronnice kartkę, by później do tego wrócić i rozczytać.
                 Zamknąłem księgę i schowałem pod materac. Postanowiłem, że nikomu o tym nie powiem (No może oprócz jednej osoby). Nie wiedziałem jak książka się tu znalazła. Byłem prawie pewny, że nie wróży to nic dobrego. Chciałem zapomnieć o zaistniałej sytuacji. Jednak ta sprawa nie dawała mi spokoju do końca dnia.
                                                                                 ***
                                                                      Perspektywa Rose

                W niedzielę byłam już z Marą po lekcjach i zbiegałyśmy na dół by z babcią pojechać do miejsca spotkać klanu. Zresztą jak w każdą niedzielę. Po drodze zabierałyśmy też zawsze Leę i Kelsey.
-Jesteśmy gotowe- krzyknęłam z dołu stojąc już z Marą w kurtkach.
chwilę później dołączyła do nas babcia i wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy po siostry.
-Cześć- powiedziały razem wsiadając do samochodu.
                Powitałam je skinieniem głowy. Nie odzywałyśmy się przez resztę drogi. Nie rozumiałam tego. W szkole nie da się nas prawie uciszyć, ale w każdą niedzielę jak jedziemy samochodem jest taka cisza jakby nas nie było.
                Zeszłyśmy na dół po schodkach i kiedy babcia usiadła przy stole wraz z innymi czarodziejami ja, Mara, Lea i Kelsey zostałyśmy jak zwykle zaproszone gestem reki przez naszego nauczyciela do pokoju obok. Jak zawsze nie mogłam się nadziwić temu pomieszczeniu. Zamiast ścian były tam półki z książkami (Większość kompletnie bezużyteczna, co widać było już po tytułach typu ,, Jak sprawić by twój pies lewitował!” czy ,,jak zostać Yeti? Poradnik dla czarodziei-eskimosów”) a na środku stał wielki stół. Zamiast kamiennej podłogi jak w innych pomieszczeniach tu rosła trawa. Nie wiedziałam jak to jest możliwe, skoro pod nią była lita skała. W powietrzu unosiły się różne symbole i kolorowe ogniki które miały kolor zależny od nastroju osoby najbliżej ich. Kilka razu udało mi się nawet dostrzec wróżkę w gałęziach drzewa które rosło w tej Sali.
                Usiadłyśmy przy stole podczas gdy nasz rudowłosy nauczyciel rozpoczął kolejny wykład.
-Dziś zajmiemy się dwoma rzeczami- powiedział- Zamianą w istotę niewidzialną- ducha, oraz odczytywaniem ukrytych symboli. No więc zaklęcie zamiany w ducha wynalazł…
                Tu już go jak zwykle nie słuchałam. Mój umysł włączał się dopiero wtedy gdy przechodziliśmy do części praktycznej.
-NO więc kiedy przemienicie się w ducha nikt was nie będzie widzieć- Tu już przestawiłam się na ,,tryb czuwania”- Będziecie widoczne tylko dla osoby której udzielicie na to pozwolenie. Aby przybrać postać w ducha należy skupić się na formie jaką chce się przybrać. Tym razem na postacie niematerialnej. Należy oczyścić umysł ze wszystkich myśli, a następnie delikatnie pochylić się do przodu, by unieść się w powietrze.
                Zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcją i chyba mi się udało bo poczułam, jak unoszę się delikatnie w powietrze. Nie widziałam również przyjaciółek, co świadczyło o tym, że im się udało.
Nauczyciel rozglądając się po pokoju rozkazał nam z powrotem wrócić do normalnej postaci i powiedział nam jak to zrobić.
-Świetnie- nauczyciel zatarł dłonie- a teraz jak odczytać ukryte symbole.
Wróciłam do gry w buble na telefonie pod stołem podczas gdy  nauczyciel mówił o tym jak prawidłowo przejechać ręką nad księgą.
                                                                                            ***
                Następnego dnia po szkole chodziłam po mieście gdy wpadłam na Jamesa.
-cześć- powiedział z uśmiechem- mogę cię o coś prosić?
-Tak jasne- powiedziałam marszcząc brwi.
-NO ale nie tutaj- po tych słowach James zaciągnął mnie do jednej z prawie pustych kawiarni na rogu.
                Usiedliśmy przy jednym z małych dwuosobowych stolików pod ścianą i James wyciągnął z torbą grubą księgę.
-Co to?- zapytałam przyglądając się jej nietypowej okładce.
-Sam chciałbym wiedzieć- powiedział wzruszając ramionami- spójrz na to.
                James zaczął szybko kartkować książkę, lecz mogłam zobaczyć język w jakim ona jest zapisana. Blondyn zatrzymał się na jednej z ostatnich stron na której była fotografia jakiegoś kamienia. Nigdy go nie widziałam, ale sądząc po minie Jamesa było to dość ważne. James przewinął jeszcze tą stronę. Następna strona była pusta.
-Wydaje mi się to dziwne, że ktoś zostawił całą stronę pustą, nie sądzisz?- zapytał mnie James.
-Myślę, że mogę ci pomóc- powiedziałam z uśmiechem wpadając na pewien pomysł.
-Spotkajmy się u mnie o 16- powiedział po czym podał mi adres.
                Pożegnałam się z nim i poszłam w stronę domu. Kiedy weszłam do pokoju spojrzałam na zegarek. Miałam godzinę. Zeszłam na dół i szybko zjadłam jakiś jogurt. Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze trochę czasu, lecz postanowiłam już pójść założyć kurtkę by się nie spóźnić, a sądząc po adresie będę szła jakieś 20 minut. Chwilę później byłam już na dworze i zmierzałam w stronę domu blondyna. Idąc parkiem otoczona przez zimowy krajobraz żałowałam, że zima trwa tak długo. Nie mogłam już doczekać się wiosny, chodzenia w bluzach a nie grubych puchowych kurtkach oraz budzenia przez ptaki a nie budzik.
                Chwilę później stałam przed domem Jamesa. Nacisnęłam dzwonek i cierpliwie czekałam pod drzwiami. Chwilę później otworzył mi James.
-Cześć- powiedział i uśmiechnął się- wchodź.
Gestem ręki zaprosił mnie do środka. Miał skromnie urządzone mieszkanie. Hol niewiele różnił się od naszego, nie licząc obrazu wiszącego naprzeciwko wejścia.
-Chyba wiem, jak mogę ci pomóc w sprawie książki- odezwałam się.
-Chodź do salonu- powiedział i łapiąc mnie delikatnie za rękę zaprowadził do pomieszczenia.
                W salonie byłą biała posadzka i blado-błękitne ściany. Na środku stała czarna kanapa i fotel ustawione naprzeciwko telewizora. Przed nimi stał niewielki, szklany stolik do kawy. Na nim leżała książka którą James pokazał mi w kawiarni. Usiedliśmy na kanapie, a James otworzył książkę, na pustych stronach.
-Domyślam się- zaczęłam- że na tych stronach jest ukryty tekst.
                Nie byłam pewna w stu procentach, lecz nic nie zaszkodziło spróbować. Skupiłam się i gestem płynnym gestem przejechałam ręką nad kartką muskając jej stronice delikatnie palcami. Po chwili na stronach zaczęły się pojawiać złote litery, tak jakby pisała je niewidzialna ręka. Trwało to minutę. Przyjrzałam się napisom. Połowa tekstu wyglądała na normalny alfabet. Reszta to był język w jakim zapisana byłą książka.
-To alfabet- powiedziałam z uśmiechem- Można to wszystko przetłumaczyć.
-Tu nic niema- odezwał się James marszcząc czoło.
-Tu przecież wyraźnie widać litery- Byłam wyraźnie zdziwiona- Nie widzisz?
Wykonałam taki ruch jakbym chciała podkreślić tekst który pojawił się na stronie. Jednak po chwili wpadłam na pomysł. Wyjęłam z kieszeni telefon i zrobiłam zdjęcie stronie. Ku mojemu zdumieniu na zdjęciu nie było nic widać.
-Dziwne- mruknęłam.
-Ty je widzisz?- zapytał James przyglądając mi się z ciekawością.
-No tak- wzruszyłam ramionami- Tu jest wyraźnie napisany alfabet nasz, oraz ten ,,książkowy”. Mogę go przepisać, bo to znacznie ułatwi sprawę. Albo od razu przetłumaczyć.
-Jeśli byś mogła- powiedział James całując mnie w czoło- Znacznie by to ułatwiło sprawę.
                Po tych słowach James dał mi książkę, a ja wsunęłam ją do torby.
-Postaram ci już jutro ją oddać- powiedziałam kiedy stałam już w drzwiach.
-dziękuję- powiedział i delikatnie mnie przytulił.
-To do jutra- powiedziałam i pomachałam mu idąc już w stronę domu.
Kiedy szłam parkiem wpadłam na pewną osobę, i zawartość torebki wysypała mi się na ziemię.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Pisząc ten rozdział w ogóle nie miałam weny, więc jest jaki jest. A do tego wszystkiego pokłóciłam się z przyjaciółką, więc nie miałam humoru i nie chciało mi się pisać, no ale w końcu się ogarnęłam i napisałam.
Rozdział dedykuję wszystkim czytelnikom.

P.S Natępnym razem postaram napisać się dłuższy ;/

Bardzo proszę o komentarze, bo to naprawdę wiele dla mnie znaczy.

wtorek, 19 lutego 2013

Twórczość mojej przyjaciółki


Witam :D
Chciałabym się pochwalić ślicznym obrazkiem z Rose, który dostałam od przyjaciółki. Malowała go dwie lekcje w szkole, więc czuję się zaszczycona ^-^. Tylko mundurek sobie inaczej wyobrażałam, ale to już drobiazg :D.
Ale ogólnie przybliżenie mojej wizji, więc bardzo mi sie podoba. Takie to śliczne, że sobie na tablicy korkowej powiesiłam ( Miejsce dla VIP-ów w moim pokoju xD).

P.S Przepraszam, że obrazek po boku, ale dziadostwo nie chciało się przenieść -,-


niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział 10


Stałam przed nim oniemiała. Jego słowa wciąż szumiały mi w uszach. ,,A jeśli to prawda?” Zapytałam się samej siebie w myślach ,,Czy mogłabym dać mu drugą szansę?”.
-Ale to nadal nie tłumaczy, czemu tak zrobiłeś- W końcu się odezwałam.
-Nie chciałem wciągać cię w kłopoty.
-To znaczy?- coraz bardziej się w tym wszystkim gubiłam.
                James nie odpowiedział, tylko lekko podwinął rękaw mundurka ukazując na nadgarstku niewielką, czarną gwiazdkę.
-Dlatego nie chciałem byśmy się spotykali- powiedział ze smutkiem patrząc mi w oczy- gdyby ktoś się dowiedział, byłabyś w niebezpieczeństwie. Więc dlatego chciałem złamać ci serce, byś o mnie zapomniała. Jednak ja nie potrafię. Nie wiesz ile wycierpiałem przez ostatnie miesiące. Kocham cię.
                Przez chwilę stałam oniemiała. Nie wiedziałam co powiedzieć.
-Ja ciebie też- odparłam po chwili.
Nie wierzę! Ja naprawdę to powiedziałam? Jednak nie cofnęłam swoich słów. Staliśmy tak i patrzyliśmy sobie w oczy. Po kilku chwilach James zrobił krok w moją stronę i delikatnie uniósł mój podbródek. Nie cofnęłam się. Teraz byłabym w stanie wybaczyć mu wszystko. A zwłaszcza, kiedy znałam już prawdę i wiedziałam kim był. Po chwili James delikatnie mnie pocałował, a ja oddałam pocałunek i zarzuciłam mu ręce na szyje.
                 Staliśmy tak jeszcze chwilę. Po chwili delikatnie się od siebie odsunęliśmy.
-Kocham cię- szepnął blondyn i przytulił mnie do siebie, głaszcząc delikatnie po włosach.
                                                                                      ***

                Następnego dnia wieczorem leżałam na łóżku i rozmyślałam. Nie muszę chyba mówić o kim. Wraz z Jamsem postanowiłam nie mówić moim przyjaciółką o tym, że jesteśmy razem bo były by przeciwne, i byłaby afera, a zwłaszcza, że blondyn jest z klanu gwiazdy. Jednak szczerze mówiąc, sama nie byłam pewna czy dobrze zrobiłam, że mu wybaczyłam. Cały czas bałam się, że znowu złamie mi serce. Powoli sama zaczynałam gubić się we własnych uczuciach. Z jednaj strony kochałam Jamesa, a z drugiej strony bałam się konsekwencji, a najbardziej tego, że w klanie się dowiedzą. Czułam się jak zdrajca. Bo przecież na każdym spotkaniu trąbią o tym, że trzeba uważać na tych ,,drugich” jak to niektórzy mówili.
-W co ja się wpakowałam- jęknęłam, lecz zaraz się uśmiechnęłam, gdyż usłyszałam dźwięk przychodzącego SMSa. Sięgnęłam po telefon i odczytałam wiadomość:
                                                              
                                                                             
Hej Rose,
                                               Masz czas, by pójść ze mną na spacer? Przepraszam
                                               Za wtedy.
                                                                                                              Gavin
               
                Roześmiałam się ironicznie i odłożyłam telefon. I on jeszcze myśli, że po tym co zrobił jeszcze się z nim umówię?! Co prawda, James postąpił gorzej, lecz za każdym razem usprawiedliwiałam go, wpajając sobie, że zrobił to również po to aby mnie chronić. ,,Ech Rose, kompletnie oszalałaś wariatko” pomyślałam z rozpaczą i położyłam się na łóżku chowając twarz w dłoniach w geście rozpaczy. Westchnęłam, i usłyszałam odgłos otwieranych drzwi.
-Rose, mogę się tutaj położyć?- w drzwiach stała Mara- Boli mnie głowa.
                Rzeczywiście, Mara nie wyglądała najlepiej. Kiedy się położyła, wstałam z łóżka i pobiegłam po termometr, który znajdował się w apteczce, w kuchni. Szybko wróciłam do pokoju i zmierzyłam rudej temperaturę.
-38,5- powiedziałam odkładając termometr na szafkę nocną- chyba nie idziesz jutro do szkoły.
na te słowa Mara tylko się uśmiechnęła. Ona zawsze i we wszystkim znajdowała coś pozytywnego. Kiedy dwa lata temu złamała nogę, mówiła, że ma szczęście bo jest zwolniona na ten czas z W-Fu. Chwilę siedziałam przy Marze, aż w końcu ta zasnęła.
                Wstałąm z łóżka, i nagle usłyszałam w kuchni odgłos spadających naczyń. Mama i babcia były w pracy, a tata położył się spać. Przestraszona powoli zeszłam na dół, ściskając w ręce zeszyt od matematyki. Bo jeśli już mam kogoś zdzielić po głowie zeszytem, to niech już ucierpi matematyka. Kiedy stanęłam w drzwiach kuchni, moim oczom ukazał się niecodzienny widok. W kuchni stał tata z bułką w buzi rozpaczliwie próbując uporządkować garnki i patelnie które pospadały. Tata zauważył mnie dopiero wtedy, kiedy wybuchnęłam donośnym śmiechem.
-Hej Rose- powiedział przekładając bułkę do ręki- Mama raczej nie powinna o tym wiedzieć. Nie mów jej nic, co?
                Przytaknęłam i ruszyłam do pokoju cały czas się śmiejąc. Dopiero przed moim pokojem się uciszyłam, bo przypomniałam sobie o śpiącej Marze. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam zeszyt do geografii by odrobić lekcje. Jednak kiedy usiadłam przy biurku z długopisem w dłoni w mojej kieszeni zadzwonił telefon. Odebrałam go jak najszybciej nie chcąc by dzwonek obudził moja przyjaciółkę.
-Halo?- zapytałam się cicho do słuchawki.
-Uważaj- rozległ się donośny, męski głos jakiegoś mężczyzny, lecz nim zdążyłam odpowiedzieć przerwało połączenie. Miałam zamiar oddzwonić, lecz zobaczyłam, że w historii połączeń nie zapisał się numer.
-dziwne- mruknęłam nie przejmując się za bardzo. Myślałam, że ktoś robi sobie ze mnie żarty. Jednak w głębi duszy byłam zaniepokojona. Nie chciałam aby ktoś zaprzątał sobie głowę moimi problemami, postanowiłam więc nie wspominać o dziwnym telefonie ani Jamsowi ani Marze. A już szczególnie jej.
                Ruda zaraz zaczęłaby wymyślać jakieś  niestworzone historie na temat tego kto dzwonił i po co. Tylko bym ją tym zmartwiła.  Spojrzałam na Marę. Ona zawsze przejmowała się małymi rzeczami. Wczoraj zamartwiała się przez cały wieczór, że nie może znaleźć zeszytu od fizyki.
-Oj Mara, gdybyś ty miała takie problemy jak ja, to byś się już kompletnie załamała- Szepnęłam z nikłym uśmiechem w stronę śpiącej przyjaciółki.
                                                                                   ***
                Następnego dnia wracałam sama ze szkoły. James się nie pojawił, postanowiłam więc w domu do niego zadzwonić. Ogólnie w szkole nie było połowy klasy. Zapewne każdy się pochorował. Kiedy szłam wąską, parkową alejką ktoś zastąpił mi drogę.
-Hej Rose- powiedział Gavin.
-Hej- powiedziałam zimno i przyśpieszyłam kroku.
-No nie gniewaj się za wtedy!- odparł wyraźnie zirytowany.
-Słuchaj, jestem zajęta- powiedziałam pozwalając sobie na dwuznaczność i nie czekając na odpowiedź zaczęłam iść przed siebie najszybciej jak potrafiłam.
                jednak Gavin zignorował to i pobiegł za mną. Stanął przede mną łapiąc mnie za nadgarstki i zbliżając twarz do mojej, tak jakby chciał mnie pocałować.
-Co ty robisz idioto?!- krzyknęłam na niego odpychając go i robiąc krok do tyłu- Do reszty cię porąbało?
-Oj Rose- powiedział ze złością- zachowujesz się jak dziecko!
-Ja?!- Byłam zdenerwowana- Ja zachowuję się jak dziecko?
                Po tych słowach już miałam się odwrócić i odejść, lecz poczułam jak ktoś delikatnie obejmuje mnie ramieniem.
-Wszystko dobrze Rose?- usłyszałam znajomy chłodny głos.
-Tak- odparłam obrzucając Gavina zimnym spojrzeniem.
                Gavin łypał na Jamsa spode łba. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, James już leżałby martwy.
-To my już pójdziemy- powiedział James do Gavina obrzucając go zimnym spojrzeniem.
Kiedy odeszliśmy już kawałek zapytałam się blondyna:
-Jak ty to robisz, że prawie dosłownie wyrastasz spod ziemi kiedy potrzebuję pomocy? I przecież nie było cię dziś w szkole.
-Byłem dziś zajęty, i nie poszedłem do szkoły. Postanowiłem się potem przejść i akurat natknąłem się na ciebie. I przecież nie mogłem tego zignorować.
                Po tych słowach posłał mi uśmiech.
-dziękuję- odparłam i przytuliłam się do niego.
-Nie dziękuj- odparł i delikatnie pocałował mnie w czoło- mogę cię o coś zapytać?
-Tak jasne.
-Nie boisz się?
-A czego?- Byłam niezwykle zdziwiona zachowaniem Jamsa.
-Że ktoś się dowie- powiedział ze smutkiem patrząc mi w oczy- Mogą się wtedy naprawdę wściec.
-Nie przejmuję się tym na razie- odparłam z uśmiechem który James odwzajemnił. Naprawdę się cieszyłam jak się uśmiechał, bo robił to naprawdę rzadko.
Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Kiedy stanęliśmy przed moim domem James delikatnie pocałował mnie w policzek.
-Do jutra- powiedział i się oddalił.
                Kiedy zniknął za zakrętem, dostrzegłam, że w domu nie palą się żadne światła. Pełna niepokoju zadzwoniłam do drzwi. Nikt mi nie otworzył. Otworzyłam więc sobie kluczem, i kiedy przekroczyłam próg mieszkania zobaczyłam leżącą na podłodze karteczkę z wiadomością

Rose, musieliśmy pojechać z Marą do szpitala. Mama i babcia już tam są. Podgrzej sobie zupę w mikrofalówce.
                                                                                                              Tata

Moja przyjaciółka leży w szpitalu, a tata mówi po prostu bym podgrzała sobie obiad?
                Nie zdejmowałam płaszcza, tylko zadzwoniłam po taksówkę i wyszłam przed dom zamykając go uprzednio. Stałam na dworze, a po piętnastu minutach podjechała po mnie taksówka. Wsiadłam i poprosiłam o transport pod najbliższy szpital. Po kilku minutach byłam na miejscu. Zapłaciłam i jak burza wyszłam z pojazdu biegnąc w stronę drzwi wejściowych do szpitala. Stanęłam przy recepcji.
-Ja do Mary Plum- powiedziałam zdyszana- Jestem jej kuzynką.
Kobieta powiedziała mi wszystkie informacje dotyczące Sali i skierowałam się na drugie piętro, gdzie znajdowała się Mara. Już z daleka dostrzegłam rodziców i babcię siedzących przed salą. Wyglądali na zmartwionych.
-Co się stało?- zapytałam kiedy do nich podeszłam.
-Dostała wysokiej gorączki- powiedział tata wyraźnie zdziwiony moim pojawieniem się tutaj lecz nic nie powiedział na ten temat.
-Mogę do niej wejść?-zapytałam zaniepokojona.
-Tak, Mara pewnie się już przebudziła.
                PO tych słowach szybko weszłam na sale. Na środku leżała moja przyjaciółka na ( domyślam się) niewygodnym, szpitalnym łóżku.
-Hej Rose- powiedziała z bladym uśmiechem.
-Jak się czujesz?- zapytałam siadając koło niej.
-Bywało gorzej- odparła- ale już nie boli mnie głowa, i wieczorem wrócę do domu.
Nie próbowałam ukryć swojej radości. Na mojej twarzy zagościł wielki uśmiech i przytuliłam się  do przyjaciółki.
-Mogę się ciebie o coś zapytać?- zapytała ruda.
-Pytaj o co chcesz.
-Od kilku dni zachowujesz się dziwnie. Tak jakbyś przede mną coś ukrywała. Gdyby cos się stało, albo zamartwiałabyś się czymś, powiedziałabyś mi?
-Tak- skłamałam, unikając spojrzenia przyjaciółki.
-Rose, ja wiem.
--------------------------------------------------------------------------------------------

No i jest kolejny rozdział. Wiem, że trochę nie dodawałam, ale od razu po feriach zapowiedzieli trzy sprawdziany i jedną kartkówkę -,-. Barbarzyństwo jakieś!
No ale wracając do rozdziału. Ogólnie nie podoba mi się. Mam przeczucie, że trzeba było rozbudować bardziej kilka wątków. A szczególnie z Jamsem. NO ale cóż...
Rozdział z dedykacją dla wszystkich czytelników.

P.S Chcielibyście niektóre rozdział z punktu widzenia nie tylko Rose, ale na przykład Mary?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział 9



Minął październik i listopad, a ja nadal nie odzywałam się do Jamsa. Od tamtego zdarzenia, lubiłam siedzieć w samotności, i leczyć złamane serce. Nie miałam również apetytu. Miałam wrażenie, że nigdy nie zapomnę tego co mi zrobił. Nie wiedziałam, jak można być aż taką świnią! Najpierw całował się ze mną (Chodź nie wiem, czy można to było nazwać prawdziwym pocałunkiem, bo wtedy nasze usta lekko się zetknęły) a następnego dnia z jakąś blondynką!
                Była sobota. Siedziałam na parapecie, przy oknie w moim pokoju. Wspominałam dawne chwile spędzone z NIM gdy poczułam jak po policzkach lecą mi łzy.
-jak on mógł mi to zrobić?- zapytałam się siebie szeptem po raz setny od czasu zdarzenia we wrześniu.
-Rose, znowu płaczesz?- usłyszałam i gdy się obejrzałam zobaczyłam Marę stojącą w drzwiach.
-nie, nie- powiedziałam ocierając łzy- po prostu jeszcze wspominam Anglię.
                Tak, skłamałam. Jednak nie chciałam by ruda znowu prawiła mi monolog na temat tego jak uleczyć złamane serce. Już i tak wiele dla mnie zrobiła. Całymi dniami słuchała moich żali oraz monologów na temat tego jak bardzo nienawidzę JEGO.  Nie wiedziałam jak ruda w ogóle to wytrzymywała.
                Jednak wrzesień przyniósł też coś dobrego. Zaprzyjaźniłam się z Leą i Kelsey, które jak się później dowiedziałam równie były czarodziejkami. Na lekcji plastyki zauważyłam ich znaki na nadgarstkach. Razem chodziłyśmy na zebrania ,,klanu księżyca”. Razem postanowiłyśmy nadać taką nazwę, i teraz się nią głównie posługujemy. Dowiedziałyśmy się, że członkowie innego klanu mają na nadgarstku niewielką gwiazdkę. Nazwałyśmy ich ,,klanem gwiazdy”. Oprócz tego w miejscu spotkań ,,klanu księżyca” uczyłyśmy się we czwórkę zaklęć. Nasz nauczyciel od tego strasznie przynudzał mówiąc coś w stylu ,,Sekret tkwi w ruchu nadgarstka…”. Jak na razie od prawie dwóch miesięcy nauczyłyśmy się jak rzucić proste ,,zaklęcie lustra”. Odbija ono zaklęcie rzucone w ciebie do przeciwnika, tyle, że ze zdwojoną siłą.
-nie wiem, czy mam ci wierzyć- powiedziała Mara podchodząc do mnie i obejmując mnie ramieniem- Jaki dziś tygodnia?
-Wtorek- odparłam i powróciłam do patrzenia w okno na zachodzące powoli słońce- idę się przejść. Idziesz ze mną?
-Tak, jasne- odparła rudowłosa z entuzjazmem- Może jeszcze wstąpimy po Leę i Kelsey?
                Przytaknęłam jej. Siostry mieszkały bardzo blisko nas, zaledwie za rogiem. Często chodziłyśmy na lodowisko które znajdowało się nieopodal lub do kina. Lecz z naszym ostatnim wyjściem do kina mam złe wspomnienia. Kiedy weszłyśmy do Sali, zapomniałyśmy kupić popcorn, i dziewczyny oczywiście wysłały po niego mnie. Kiedy stanęłam koło kasy, przypomniałam sobie, że Kelsey zapomniała kupić sobie wtedy coca-colę. Chciałam być dobroduszna i jej ją kupiłam, i poszłam na salę obładowana dwoma dużymi popcornami ( po jednym na dwie osoby) oraz colą dla czarnowłosej. Lecz pech chciał, że zapomniałam zawiązać sznurówek w trampkach, i skutki były takie, że zleciałam ze schodów rozsypując popcorn i oblewając się colą.
-Rose, coś się stało?- usłyszałam głos Mary i się ocknęłam.
-Tak- odparłam- po prostu sobie nasze ostatnie wyjście do kina.
                Ruda nic nie odpowiedziała. Po prostu się roześmiała i zeszłyśmy na dół.
-Mamo, wychodzimy!- krzyknęłam zakładając z Marą płaszcze i wyszłyśmy na dwór.
                Pogoda nie dopisywała, zresztą jak zwykle. Nie padał deszcz, lecz tylko mały skrawek słońca wychylał się zza ciemnych chmur. Naszymi włosami targał delikatny wiatr. Nie była to wymarzona pogoda na grupowe wyjścia, ale zawsze coś.
                Chwilę później stałyśmy przed domem bliźniaczek i nacisnęłyśmy dzwonek.
-Kto tam?- rozległ się w domofonie głos Kelsey.
-To ja, Rose- powiedziałam- i jest ze mną Mara. Macie ochotę pójść z nami do kina?
                Nie usłyszałam odpowiedzi, lecz nie trzeba było długo czekać a ujrzałyśmy siostry wybiegające w kurtkach z domu.
                                                                  ***
-No to na co idziemy?- zapytała z uśmiechem Lea kiedy powoli zbliżałyśmy się do kina.
-Sama nie wiem- odparłam- ja mam ochotę na jakąś tępą komedię.
                Dziewczyny mi przytaknęły i kiedy stanęłyśmy przed listą wyświetlanych filmów miałyśmy dylemat. Nie mogłyśmy znaleźć filmu, który by nam odpowiadał więc wspólnie wybrałyśmy ,,Hobbita”. Poszłyśmy do kasy z biletami, i pierwsze co zrobiłyśmy kiedy znalazłyśmy się za nią poszłyśmy kupić popcorn i napoje.
-Tym razem kupmy wszystko od razu, ok?- zapytałam się patrząc na nie wymownie.
                dziewczyny tylko się roześmiały i przytaknęły. Po chwili obładowane napojami i przekąskami poszłyśmy do Sali i zajęłyśmy miejsca. Na początku, jak zwykle puścili reklamy. Kiedy była reklama pasty do zębów z jakimś dzieckiem i psem w tle, głośno parsknęłam śmiechem.
-Rose, co ci odwala?- zapytała się mnie Lea z rozbawieniem.
-Mam po prostu wrażenie, że ten pies ma bielsze zęby niż to dziecko- powiedziałam ze śmiechem- pewnie też stosuje blend-a-med.
                Po tych słowach Lea, jej siostra oraz Mara które to usłyszały zaczęły się śmiać razem ze mną, a ja usłyszałam jak jakaś starsza pani z dzieckiem mruczy pod nosem coś o ,,coraz większych problemach z psychiką wśród dzieci”, na co zaczęłyśmy się śmiać jeszcze głośniej.
                Akurat udało nam się ogarnąć, kiedy zaczął się film, lecz na moje nieszczęście, podczas jednej ze scen usłyszałam szept Kelsey:
-Mam wrażenie, że tego czarodzieja w ,,Pervolu” wyprano.
-Jeszcze tego pożałujesz- powiedziałam z trudem powstrzymując śmiech.
                Mimo moich obaw, udało nam się wytrzymać bez śmiania się do końca filmu. No może pomijając sanie napędzane królikami, jak to pięknie Mara nazwała.
-To jak, jutro też gdzieś się wybieramy?- zapytała Kelsey kiedy stałyśmy przed domem bliźniaczek.
-No pewnie- powiedziała Mara i wszystkie ruszyłyśmy w stronę swoich domów.
                                                                                 ***
                W poniedziałek, na dobry początek dnia Mara obudziła mnie waląc poduszką w twarz.
-Gorzej ci?- zapytałam ze śmiechem siadając na łóżku i patrząc na kuzynkę z udawanym obrażeniem.
-budzę cię od pół godziny- powiedziała ruda, wyraźnie dumna z drastycznej metody którą na mnie zastosowała- Miałam nawet wrzucić ci śnieg za kołnierz…
                Lecz tutaj Mara nie dokończyła, bo zerwałam się z łóżka i podbiegłam do okna. Wszystko było pokryte białym puchem, który jeszcze delikatnie prószył. Bez słowa podbiegłam do szafy i wzięłam mundurek do którego wybrałam czarne legginsy (bo przecież zima, nie?) oraz moją białą, puchową kurtkę i pobiegłam się przebrać, po wcześniejszym powieszeniu kurtki na krześle. Kiedy wyszłam usłyszałam jak Mara mruczy pod nosem:
-No tak, wystarczyło tu wspomnieć takiej o śniegu…
-No ruszaj się, bo nie zdążymy- powiedziałam do niej z uśmiechem biorąc zakładając na siebie kurtkę.
                Na dole wzięłyśmy do ręki jogurty, i w holu założyłyśmy buty zimowe. Sama nie wiem, jak udało nam się uwinąć tak szybko skoro ruda budziła mnie od pół godziny.
                Chwilę później zmierzałyśmy w kierunku szkoły. Dziś naszą pierwszą lekcją była matematyka, która od kilku miesięcy stała się dla mnie prawdziwą udręką. Nie potrafiłam tak kompletnie go ignorować. Raz kiedy proponował mi pomoc, już miałam się zgodzić lecz opamiętałam się i mu odmówiłam.
                Chwilę później przekroczyłyśmy próg szkoły i zaczęłyśmy zmierzać w kierunku sali od matematyki. Kiedy stanęłyśmy przed klasą, zobaczyłyśmy, że nikogo nie ma.
-Co jest gra…
-Poczekaj chwilę- przerwała mi kuzynka i chwilę później już jej nie było.
                Wróciła po kilku minutach z uradowaną miną.
-Dziś mamy na drugą lekcję- oznajmiła z szerokim uśmiechem.
                Przez chwilę byłam bliska odtańczenia tańca radości. Nie będę musiała spędzać pierwszej godziny z NIM w ławce ani znosić nauczycielki.
-No to w takim razie- zaczęłam- czeka cię zemsta za tą poduszkę.
Mara nie odpowiedziała, po prostu uśmiechnęła się pod nosem, i poszłyśmy w kierunku szatni. Założyłyśmy kurtki i miałyśmy zamiar wyjść na podwórko kiedy usłyszałyśmy dobrze znane nam głosy.
-Rose, Mara!- obejrzałyśmy się i zobaczyłyśmy zmierzające w naszą stronę Leę i Kelsey- czyli wy też nie wiedziałyście, że pierwsza godzina jest wolna, co?- zapytała Lea.
-Niestety nie- odparłam- Lecz nawet jeśli, to ktoś mógł oszczędzić walenia mnie poduszką w twarz na pobudkę.
-Współczuje- włączyła się do rozmowy Lea.
                Stałyśmy tak i gadałyśmy kiedy zadzwonił dzwonek informujący o lekcji fizyki, i razem poszłyśmy do sali. Kiedy doszłyśmy nauczyciel już wpuszczał do klasy. Ja siedziałam wraz z Marą pod oknem, a przed nami siedziały bliźniaczki. Nauczyciel, szczerze mówiąc był trochę niekumaty więc mogłyśmy sobie w spokoju podawać liściki na lekcji. I tak upływała nam większość lekcji fizyki.
                Następne lekcje (przyroda, biologia, chemia, historia) jakoś minęły. Nie były bardzo interesujące, lecz nie zasnęłyśmy na nich, co na chemii zrobiło ćwierć klasy. Szłyśmy na lekcję plastyki. Kiedy stanęłyśmy pod klasą, postanowiłyśmy umówić się po szkole na lodowisko. Z nim to akurat nie ja miałam nie najlepsze wspomnienia, tylko Kelsey. Kiedy jeździłyśmy na łyżwach, ktoś zajechał jej drogę, i przewaliła się na plecy. I to z rozpędu, więc przejechała na plecach przez pół lodowiska. A z nas, to właśnie ona jeździ najlepiej na łyżwach, więc kiedy o tym wspominamy, robi się czerwona jak burak.
                Chwile później, nauczyciel wpuszczał uczniów do klasy. Zajęłam z Marą miejsce pod oknem. Siedziałyśmy w ostatniej ławce, więc mogłyśmy w spokoju sobie pogadać. Nauczyciel kazał nam namalować krajobraz górski. Z kuzynką wszystko na początku w błyskawicznym tempie naszkicowałyśmy ołówkiem, i do końca lekcji udało nam się uwinąć z pomalowaniem tego wszystkiego pastelami.
                Kiedy wyszłam z Marą z klasy, poczułam jak bardzo boli mnie głowa. ,,No to nici z lodowiska” pomyślałam. Obok mnie Mara rozmawiała z Leą i Kelsey o wyjściu na łyżwy.
-Wiecie co, musicie iść same, mnie bardzo boli głowa.
-Jak chcesz, to zostaniemy- powiedziała Kelsey.
-No co ty, nie będę wam psuła zabawy- odparłam i nie czekając na odpowiedź powiedziałam- No to cześć.
                Po tych słowach zeszłam do szatni i nałożyłam na siebie kurtkę. Po chwili wyszłam ze szkoły i skierowałam się w kierunku parku. Tamtędy przebiegała droga na skróty do mojego domu. W zimie park był prawie całkowicie opustoszały.
-Hej Rose- usłyszałam znajomy głos za moimi plecami.
-Czego chcesz?- warknęłam do blondyna.
-Pogadać- odparł ze smutkiem.
-Mam wrażenie, że kiedyś to już przerabialiśmy- odparłam chłodno odwracając się w jego stronę.
-Przepraszam- odparł- wszystko ci wytłumaczę.
                I nie czekając na moją odpowiedź ( A miała być odmawiająca) wszystko mi streścił:
-Rose, bo to miało być tak, że to wszystko zobaczysz. Pomyślałem, że wtedy nie będziesz chciała mnie znać, i wszystko stanie się dla mnie prostsze.
-No to dlaczego teraz mi to wszystko mówisz, skoro w twoim planie było tak, że przestaniemy się do siebie odzywać?
-Ponieważ cię kocham.

-------------------------------------------------------------------------------

I jest 9 rozdział ^-^ Przepraszam, że trochę nie dodawałam, ale przyjaciółka wpadła na feriach na genialny pomysł związany ze snowboardem, i drugiego dnia zsuwania się ze stoku upadłam na nadgarstek i cos sobie zwichnęłam, i nie chciałam pisać, bo strasznie mnie bolała ręka jak nią ruszałam ;/

No ale cóż...
Rozdział z dedykacją dla Natalki z klasy, która też w najbliższym czasie założy sobie tu bloga.
A może już ma?? No cóż, zabije ją, jeśli nic mi o tym nie wiadomo xD
Do następnej notki :*

P.S teksty z kina na podstawie mojego własnego wyjścia na ten film z przyjaciółką xD