wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział 2



Staruszka również mnie przytuliła. Dopiero kiedy się od niej oderwałam, dostrzegłam stojącą obok mnie zakłopotaną Marę. Dopiero teraz sobie przypomniałam, że przecież ona nie zna babci! A ja szczerze mówiąc, nawet zapomniałam, że mam krewnych w tym mieście.
-Babciu, to jest Mara- przedstawiłam rudą- moja najlepsza przyjaciółka.
-Miło mi cię poznać- powiedziała z uśmiechem staruszka, i wyciągnęła rękę w kierunku Mary.
-Mi również- ruda odwzajemniła uśmiech, i uścisnęła staruszce rękę.
                Babcia zaprosiła nas gestem ręki do środka. Mieszkanie było przytulnie urządzone. Zostało wykonane z prawie samego drewna, co nadawało mu nieco staroświecki wygląd.
                 Wraz z Marą zostałyśmy zaprowadzone przez moją babcię do przytulnego pokoju, z widokiem na park. Stałam przed oknem zapatrzona, jak wiatr porusza delikatnie drzewami.-To jest wasz pokój- oznajmiła babcia, i wyszła z pokoju, zostawiając nas same z walizkami.
                To miał być nasz pokój! Nie mogłam w to uwierzyć. Ten pokój był piękny. Podłoga była z jasnego, dębowego drewna. Ściany miały kolor fiołkowy. Pod ścianą, stały dwa jednoosobowe łóżka z biało-fioletową narzutą.
,,Może za szybko oceniłam San Francisko ?,, Pomyślałam, i zaczęłam się wraz z Marą rozpakowywać. A muszę powiedzieć, że trochę tego było! W końcu spakowałyśmy wszystkie nasze rzeczy, i ubrania. Oczywiście mebli, z naszego (mojego i moich rodziców) domu zostały w Anglii, bo rodzice od początku wiedzieli, że będziemy mieli umeblowany dom. Tata dał więc je na przetrzymanie swojemu przyjacielowi z pracy, który pracuje w jakimś magazynie.
Uwinęłyśmy się w dwie godziny. Jak na nas, było to dosyć szybko, ponieważ Mara, mimo złego humoru i tak musiała gonić mnie z mokrą ścierką po domu (W szafie było trochę kurzu ). Do tego musiałam podsuszyć włosy, ponieważ jednak udało się jej mnie dopaść, więc w rezultacie moje brązowe włosy były mokre, i trochę splątane na końcówkach. Jednak ja nie pozostałam dłużna. Również chwyciłam wtedy mokrą ścierkę, i też zmoczyłam jej włosy. Więc to cud, że uwinęłyśmy się w ciągu dwóch godzin!
                Zeszłyśmy na dół, z uśmiechami na ustach. Nasz dobry humor spowodowany był wielką ilością wolnego czasu który nam został.
-Szybko się uwinęłyście- powiedziała babcia, kiedy zobaczyła nas w progu kuchni próbujące zwędzić coś do jedzenia- Weźcie sobie te jogurty. Jak widać was tam głodzili.
-Dziękujemy- powiedziałam- A mogłabym wraz z Marą na spacer? Wiesz, pozwiedzać okolice.
                Babcia jak na babcie przystało, się zgodziła. Powiedziała nam tylko byśmy nie oddawały się za daleko, bo przecież nie znamy okolicy. Oczywiście nie obyło się bez negocjacji. Przystałam na warunki dopiero wtedy, kiedy babcia powiedziała, że w takim razie mamy pozostać w zasięgu słuchu.
                Pobiegłyśmy do przed pokoju. Ja w biegu prawie strąciłam ulubiony wazon babci który nazywała ,,swoim oczkiem w głowie”. Zdążyłam złapać chwiejący się antyk zanim babcia spojrzała na mnie wzrokiem którym nie poszczyciłby się nawet bazyliszek.
                Wraz z Marą założyłyśmy tylko płaszczyki. Ja nałożyłam mój ulubiony beżowy a Mara w kolorze delikatnego różu. Oba miały przy kapturze naszyte czarne futerko.
                Wyszłyśmy na dwór i od razu poczułyśmy na naszych twarzach podmuch zimnego wiatru. Całe szczęście że moja kurtka miała kaptur. Co prawda nie był on mega gruby oraz ciepły, ale skutecznie bronił przed wiatrem.
                Przez kilka minut szłyśmy w milczeniu. Pierwsza odezwała się Mara:
-San Francisko to wspaniałe miasto- zaczęła- jednak zawsze w moim sercu pozostanie Anglia, i nic tego nie zmieni.
-Ja mam tak samo- przytaknęłam rudowłosej- Ale całe szczęście ty tu przyjechałaś ze mną. Cały czas zastanawiam się, o co może im chodzić. Czemu nas tutaj ściągnęli?
                W tym momencie zacisnęłam dłonie w pięści. Wszystko się we mnie gotowało. Byłam zła na rodziców, że nie raczyli mnie o tym wszystkim poinformować wcześniej. ,,A jeśli oni naprawdę nie wiedzieli?” zapytałam się sama siebie ,,Nie! Na pewno wiedzieli”.
                W tym momencie po policzku spłynęła mi łza. Podczas ostatnich kilku dni wylałam niezliczone ilości łez. I pomyśleć, że to ja zawsze w szkole zgrywałam twardą i niedostępną. Gdyby teraz ktoś ze znajomych ze szkoły mnie zobaczył, z pewnością pomyślałby, że przeszłam jakieś pranie mózgu.
                Teraz odkryłam, że tak naprawdę w głębi duszy jestem wrażliwa. Jestem przecież tylko człowiekiem. Nie mogłam w nieskończoność wyrzekać się łez, smutków i bólu.
                Weszłam wraz z Marą do starbacks’u. Obie zamówiłyśmy kawę z bardzo małą ilością kofeiny. Miałyśmy przecież tylko 15 lat. Zajęłyśmy miejsce przy dwuosobowym stoliku przy oknie. Powoli sączyłyśmy napój wyglądając przez okno.
                Patrzyłam na parę przechodniów idących przez pasy. Za ręce trzymali dwójkę dzieci. Chłopca, i dziewczynkę. Dzieci szły radośnie w podskokach śmiejąc się głośno.
                Ta scena sprawiła, że przypomniałam sobie czasy z dzieciństwa. Jak przez mgłę, ale to było nieważne. W ułamku sekundy przed moimi oczami pojawiły się sceny, jak w dzieciństwie cieszyłam się z każdej chwili. W moim sercu nie było miejsca na zbędne troski. Nie to co teraz. Wraz z wiekiem przyszło wiele zmartwień.
-O czym myślisz?- usłyszałam głos Mary.
-O przeszłości- odparłam obojętnie- chodź, wracamy bo robi się tu duszno.
                Lecz wstając nie zauważyłam kelnera który niósł kawę w kierunku trzymającej się za ręce pary. W rezultacie wpadłam na niego, i cała zostałam oblana kawą.
-Przepraszam panią!- zawołał zawstydzony kelner i pobiegł w kierunku kuchni mówiąc, że przyniesie ścierkę.
                Wzięłam serwetki ze stolika i zaczęłam wycierać kawę z podłogi. W pewnym momencie zauważyłam, że przyłączyła się do mnie jeszcze jedna osoba. Podniosłam głowę i zobaczyłam chłopaka mającego na oko 16 lat. Pomagał zetrzeć mi kawę z podłogi, a jego włosy w kolorze ciemnego blond opadały mu na twarz, zasłaniając częściowo niebieskie oczu.
-Dziękuję- powiedziałam do niego kiedy skończyliśmy robotę.
-Nie ma za co- odparł i nie obdarzając mnie nawet ciepłym spojrzeniem odszedł w stronę wyjścia.
                Momentalnie się zarumieniłam. Nie z powodu zawstydzenia kelnera i mojej oblanej kawą bluzki, tylko na wspomnienie przenikliwie niebieskich oczu chłopaka. Sama nie wiem czemu, ale zapadły mi w pamięci.
-Rose, wszystko dobrze?- usłyszałam głos mojej przyjaciółki i jej przytaknęłam- Chodź, musimy już iść.
                Obie narzuciłyśmy na siebie płaszcze, i wyszłyśmy z kawiarni. Idąc, ja jeszcze raz obejrzałam się w stronę alejki, w której zniknął chłopak.
                                                                                   ***
                -Wszystko dobrze?- zapytała mnie Mara kiedy wyszłam z łazienki przebrana w inną bluzkę. Był to czarny sweterek w białe paski.
-Tak, nie martw się- odparłam patrząc w oczy przyjaciółce.
                Sama jednak nie wiedziałam, czy aby na pewno mówię prawdę. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o kłamanie jestem w tym niepokonana. Umiem patrzeć komuś prosto w oczy podczas mówienia nieprawdy. Zero zdradzieckiego rumieńca, wykręcania palców u rąk, nic a nic!
-Rose, Mara możecie zejść na dół?- usłyszałam głos mamy.
                Odkrzyknęłam jej, że już idziemy i wraz z Marą skierowałyśmy się w stronę schodów. Odprowadzone ich delikatnym skrzypieniem zeszłyśmy na dół i skierowałyśmy się prosto do kuchni.
                Jednak przystanęłyśmy w drzwiach, bo zobaczyłyśmy dość niecodzienną scenę. Babcia, mama i tata siedzieli przy stole z dość pochmurnymi minami.
-Usiądźcie- powiedziała babcia głosem nie znoszącym sprzeciwu.
                Zrobiłyśmy co nakazała nam staruszka. Pod stołem ja z Marą splotłyśmy nasze palce, czekając na najgorsze. Nie wiedziałam co takiego mają zamiar nam oznajmić. Każdy miał minę jakby ktoś umarł.
-Wiemy, że będzie to dla was ciężkie- zaczął tata- i nie będziecie chciały uwierzyć w to co zaraz wam powiemy, ale będzie to szczera prawda.
-O co chodzi?- zapytałam coraz bardziej zirytowana.
-Jesteście czarodziejkami- oznajmiła mama ze łzami w oczach.
                I że niby ja miałam w to uwierzyć? A nawet jeśli to po co wieźliby nas na drugi koniec świata? To był jakiś totalny absurd!
-Bardzo śmieszne- żachnęłam się- a tak naprawdę to co się stało.
-To szczera prawda- powiedziała babcia- pokaże ci.
                Po tych słowach babcia uniosła dłoń w stronę firanek, i jednym energicznym ruchem dłoni sprawiła, że firanki się zasunęły, a zapaliły świece stojąca na stole. Zrobiła to tak, jakby nigdy nie robiła nic innego.
                Nie mogłam w to uwierzyć. Byłam przez tak długi czas okłamywana przez rodzinę. Dlaczego nikt mi nie powiedział?
-Od jak dawna wiecie?- Tylko tyle udało mi się wykrztusić.
-Od dawna- odparła babcia- To dziedziczy co drugie pokolenie.
-A Mara?
-Mara to tak naprawdę twoja bardzo daleka kuzynka- babcia spojrzała na mnie ze smutkiem w oczach- Ten list był ode mnie. Groziło wam wielkie niebezpieczeństwo. Bo widzicie dziewczynki, od bardzo dawna istnieją dwa klany czarodziei. W XIX wieku doszło do rozłamu. Była wielka kłótnia. Nie pamiętam dokładnie o co, ale to nie jest istotne. Chodzi mi o to, że z jednego klanu zrobiły się dwa, nienawidzące się nawzajem. Teraz oba klany, próbują się nawzajem wytępić. Jak na razie do niczego prawie nie doszło, ale kto wie, co przyniosą następne lata- Tu babcia westchnęła- Musieliśmy was tu ściągnąć, bo kto wie, czy za cel nie obraliby sobie was. Nie należycie jeszcze do klanu, i nie wiedziałyście o swoich zdolnościach. Groziło wam śmiertelne niebezpieczeństwo.
-Czemu nam dopiero teraz nam powiedzieliście?-  zapytała załamana Mara.
-Wcześniej po prostu byłyście za małe.
                Lecz słowa docierały do mnie jak przez mgłę. Przez tak wiele lat byłam okłamywana przez rodzinę.
-Wiecie co, ja już pójdę na górę, zrobiło mi się słabo- powiedziałam do wszystkich, i pobiegłam na górę, nie zważając na Marę. A raczej na moją kuzynkę.
                Zatrzasnęłam za sobą drzwi, i położyłam się na łóżku. Nie wiem ile czasu spędziłam leżąc i płacząc. Wtuliłam twarz w poduszkę i pozwoliłam łzą lecieć. PO pewnym czasie poczułam, jak ktoś siada koło mnie, i delikatnie głaszcze mnie po głowie.
                Wszędzie rozpoznałabym dotyk delikatnych dłoni Mara. Wkrótce zasnęłam i śniły mi się wszystkie filmy o czarodziejach jakie oglądałam, a na koniec jeszcze nasza dzisiejsza rozmowa przy stole, w rezultacie czego musiałam przeżyć to jeszcze raz.


---------------------------------------------------------------------------------------------------
     Według mnie dość szybko sie uwinęłam z nowym rozdziałem ^^.
Wiem, że dość szybko się akcja potoczyła i za to przepraszam ;/. Ale mam nadzieję, że chociaż w połowie dobry ^^

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Rozdział 1



Siedzę w samolocie wraz z moją najlepszą przyjaciółką, Mara. Za nami siedzą moi rodzice, patrząc na nas z niepokojem. Nie wiem o co chodzi. Mama powiedziała, że musimy w trybie natychmiastowym wyjechać z Londynu do San Francisco. Wiedziałam tylko tyle, że wraz z tatą dostali jakiś tajemniczy list. Nikomu nie chcieli nic powiedzieć. Kilka dni temu, w dzień w którym wszystko się zmieniło nie wytrzymałam i zapytałam się mamy co było w liście. Zareagowała nagłym wybuchem płaczu, i powiedziała mi, że nie może mi nic powiedzieć.
                Sama nie wiem, jak udało się im nakłonić nadopiekuńczych rodziców Mary, by z nami pojechała. Jak widać sprawa była poważna. Myśląc o tym wszystkim, poczułam spływającą mi po policzku łzę. Wiedziałam, że teraz nic już nie będzie takie samo.
                Nagle poczułam, jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. To była Mara.
-Rose, nie płacz- powiedziała z pocieszającym uśmiechem na ustach- wszystko się jakoś ułoży.
Ruda jak zawsze miała w sobie wiele energii, i optymizmu. Jednak w tym momencie zdałam sobie sprawę, że moja przyjaciółka sama wątpi w to, co mówi.
                Po chwili do łzy która spłynęła mi po policzku dołączyła kolejna. A później jeszcze kilka następnych. Kilka chwil później płakałam jak małe dziecko. Sama dziwiłam się swojemu zachowaniu. Przecież to zawsze ja, a nie Mara byłam tą silną fizycznie, jak i psychicznie. A teraz to ruda pocieszała mnie, a nie ja ją.
                Mara przytuliła mnie i zaczęła mnie pocieszać. Lecz ja, po kilku minutach poczułam, jak coś mokrego kapnęło mi na ramię. Czując to, objęłam przyjaciółkę ramieniem, i obie zasnęłyśmy, przytulone do siebie, czekając na ciąg wydarzeń.
                                                                                 ***
                Obudził nas obie głos stewardessy informującej o tym, że samolot zbliża się do lądowania. Spojrzałam przez okno, i dostrzegłam gęstą mgłę zasłaniającą wszystko.
,,Witajcie w słonecznym San Francisco.,, Pomyślałam z sarkazmem. Nie chcąc patrzeć już na tą ‘’piękną’’ pogodę wstałam z miejsca i ściągnęłam swoją podręczną torbę z półki nad naszymi głowami. Pech chciał, że kiedy stałam i siłowałam się z moim bagażem, coś sprawiło że samolot się zatrząsnął i torba spadła mi na głowę ( A miałam tam kilka opasłych książek i inne ciężkie rzeczy !). Poczułam przenikliwy ból z tyłu głowy. Na chwilę wszystko zamazało mi się przed oczami. Widziałam moich rodziców i Marę klękających przede mną. Po chwili odzyskałam ostrość widzenia.
-Nic mi nie jest- odparłam wstając.
-poproszę stewardessę o lód, a ty na razie usiądź na miejscu- powiedział do mnie tata głosem pełnym troski po czym zniknął gdzieś w tłumie ludzi zdejmujących bagaże.
                Uczyniłam to o co mnie poprosił. Zamknęłam oczy, i próbowałam skupić się na czymś innym niż rozmyślania jak wielkiego guza będę miała z tyłu głowy.
                Po chwili poczułam, jak ktoś przykłada coś zimnego i mokrego z tyłu mojej głowy.
-Dziękuję tato- Powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego.
                                                                               ***
                Jechaliśmy taksówką w stronę naszego ,,domu”. Trudno było mi przyjąć do wiadomości że będę teraz mieć inne mieszkanie. Już chyba zawsze będzie mi brakować mojego małego pokoju z widokiem na las. To zawsze był mój azyl i schronienie. To tam zawsze pod kołdrą płakałam kiedy nie chciałam, by ktoś widział moje łzy. Już wszystko się zmieniło.
                Spojrzałam na Marę. Zachowała kamienną twarz, lecz po jej oczach zawsze było widać co czuła. Tak było i teraz. Jej oczy były pełne smutku i żalu, oraz lekko napuchnięte. Wiedziałam, że obie czujemy teraz to samo. Żal i pustkę.
                Czułam się tak, jakby ktoś zabrał mi cząstkę duszy, i podmienił ją smutkiem oraz żalem. Najgorzej się czułam gdy się dowiedziałam o naszej przeprowadzce. To stało się tak nagle! Musiałam pożegnać się ze szkołą (Nie wiedziałam, że kiedykolwiek będzie mi jej brakować!), wszystkimi przyjaciółkami oraz z moim domem.
                Pamiętam dzień, w którym po raz ostatni poszłam na spacer po tamtej okolicy. Poszłam na spacer nad pobliskie jezioro znajdujące się w lesie. Towarzyszyła mi wtedy Mara. Szłyśmy trzymając się pod rękę, wesołe i roześmiane.
                Teraz to wszystko straciłam. Przez jakiś głupi list. Niektórzy wzięliby moje zachowanie za głupie oraz moje rozczulanie się. Ale ja właśnie straciłam wszystko. Dzieciństwo, prawdziwy dom oraz koleżanki. Jedyne co mi pozostało to wspomnienia. One nigdy mnie nie opuszczą.
                                                                                         ***
                Po godzinie jazdy zajechaliśmy na stację benzynową. Mama poszła zapłacić. Ja również wyszłam, bo rozprostować trochę nogi.
                Wstałam delikatnie, ponieważ nie chciałam budzić rudowłosej. Kiedy tylko wyszłam z samochodu poczułam, jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłam się, i zorientowałam się, że to tata.
-Rose, wiemy, że jest ci ciężko- zaczął- mnie i mamie też. Ale to wszystko jest konieczne. Wiemy, ile płakałaś, odkąd się dowiedziałaś. Pewnie zastanawiasz się, czemu zabraliśmy też Marę. Nie martw się, wszystko się wyjaśni, ale nie dziś. Kiedy my się dowiedzieliśmy, nie mogliśmy w to uwierzyć. Robimy to dla waszego dobra.
-I dlatego wywozicie nas na drugi koniec świata, tak?- prychnęłam.
-To dla waszego dobra- odparł ze spokojem, lecz prawie niedostrzegalnym smutkiem w oczach- wkrótce dowiecie się czemu.
                Po tych słowach oddalił się w stronę sklepu, by poszukać mamy, zostawiając mnie w osłupieniu. Po chwili się ocknęłam i weszłam do samochodu. Sięgnęłam do torebki i wyjęłam MP3. Kliknęłam w ikonkę z nutką i zaczęłam przeglądać muzykę. Zależało mi na czymś wolnym. Czymś, co opisałoby moje uczucia. Po chwili wybrałam Safe and Sound. Piosenkę którą śpiewa Adriana Figueroa. Idealnie opisuje mój nastrój.
,,Just close your eyes
The sun is going down
You'll be alright
No one can hurt you now
Come morning light
You and I'll be safe and sound”*
                Wsłuchałam się w delikatne brzmienie piosenki, kiedy usłyszałam jak trzaskają drzwi od samochodu. Po kilku sekundach ruszyliśmy dalej w trasę. Do naszego nowego mieszkania.
                                                                                            ***
                Staliśmy przed dębowymi drzwiami domu. Szczerze mówiąc, był nawet całkiem ładny. Miał bardzo duży ogród, w którym rosło wiele drzew. Cały  był w nieco staroświeckim stylu, co dodawało mu uroku. Miał okiennice z dębowego drewna, pasujące do drzwi. Ściany były białe.
                Tata zapukał. Szczerze mówiąc, zdziwiło mnie to. Przecież skoro to był nasz dom, to powinniśmy mieć kluczyki.
                Po chwili drzwi otworzyły się, i stanęła w nich dobrze mi znana siwowłosa postać, w okularach połówkach.
-Babcia!- krzyknęłam, i zarzuciłam staruszce ręce na szyję.


* Fragment piosenki


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    No i jest pierwszy rozdział ^^. Mam tylko wrażenie, że początek i końcówka są jakies takie przymulone ;/
Jedynie środek rozdziału mi się nawet podoba. Mam nadzieję, że rozdział nie jest zbyt nużący. Dalsza część jutro :>



                                 CZYTASZ- KOMENTUJESZ

Prolog



                Ciekawa jestem, co byście zrobili, gdybyście w ciągu jednego dnia dowiedzieli się, że musicie natychmiast opuścić dom i kraj by pojechać na drugi koniec świata. Czemu? Tego akurat nie wiem. Przynajmniej do pewnego czasu. A do tego wszystkiego zakochalibyście się z wzajemnością w pewnej osobie, pomimo wiedzy, że wasza miłość jest surowo zakazana. Chwilami miałam ochotę się załamać. Lecz kiedy chciałam dać upust łzą, uparte nie chciały lecieć. Pozostawała mi jedynie najlepsza przyjaciółka. Lecz niestety, ona też nie mogła się dowiedzieć o kilku istotnych rzeczach. Nikt nie mógł się dowiedzieć. Byłam przed trudnym wyborem. Miłość, czy zaufanie? Każda z tych możliwości była w pewien sposób kusząca. Jednak wiedziałam, że mogę wybrać tylko jedną…

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

                     Prolog pisany na matematyce. Wiem, że miał być wieczorem, lecz napisałam już rozdział 1 który tylko podrasować i właśnie to on pojawi się w późniejszych godzinach. Serdecznie dziękuję wszystkim za komentarze. naprawdę mordka mi się cieszyła, bo myślałam że wejdzie max. 1 osoba i nie będzie żadnych komentarzy :>
naprawdę dziękuję za to, że w szkole uśmiechałam się do zeszytu! ♥

                                                  CZYTASZ- KOMENTUJESZ

niedziela, 20 stycznia 2013

Bohaterowie

Hej!

To jest mój pierwszy blog, więc proszę o wyrozumiałość ;D
Założyłam go dzięki pewnej osobie która zmusiła mnie do tego prawie siłą xD
Mam nadzieję, że wam się spodoba.

--------------------------------------------------------------------------------------------------

Główni Bohaterowie:

(Przepraszam, że chłopak jest tylko anime ale innego lepszego nie znalazłam. Ale żeby to jakoś wyglądało to dałam w tym stylu również dziewczyny.)


Rose Unknown:










Rose jest wesołą szatynką o dużych, orzechowych oczach. Ma 15 lat. Wraz z przyjaciółką
przeprowadza się do San Francisko z nieznanych jej powodów. Jest miła i zawsze skora do pomocy.
Jednak gdy ktoś chce zrobić krzywdę jej bliskim potrafi pokazać pazurki. W pewnym momencie dowiaduje się o pewnej mrocznej, rodzinnej tajemnicy... To właśnie jej oczami
ukazana jest ta historia.


ROSE W WERSJI ANIME:











-----------------------------------------------------------------------------------------------------




Mara Plum;












Najlepsza przyjaciółka Rose. Ma 15 lat. Jest wesołą, energiczną i nieśmiałą dziewczyną o płomiennie
rudych włosach. Wraz z przyjaciółką przyjechała do San Francisko. To właśnie tu dowiaduje
się całej prawdy o przeszłości, swojej rodzinie i... Przeznaczeniu.

MARA W WERSJI ANIME:










-------------------------------------------------------------------------------------------------------


James Dauglas









Jest chłodnym 16- latkiem. Nikt nie wie dlaczego woli samotność niż życie wraz z rówieśnikami.
Skrywa pewną mroczną tajemnicę, i udałoby mu się jej pilnie strzec gdyby nie jedna
dziewczyna, która skradła jego serce...





-------------------------------------------------------------------------------------------
Nie no, mi to się nawet rozdział początkowy ( o ile można nazwać go rozdziałem) nie podoba! Ale jak to już mówią moje przyjaciółki, u mnie to już norma. Mam nadzieję, że ktoś chociaż przeczyta prolog, który pojawi się najprawdopodobniej jutro wieczorem.
No to do jutra! ♥

CZYTASZ- KOMENTUJESZ!